wtorek, 17 września 2019

Perfekcyjna żona- JP Delaney

     JP Delaney w Polsce największą sławę zyskał dzięki bestsellerowemu thrillerowi "Lokatorka". Dziwna, osadzona w nowoczesnej rzeczywistości historia wciągnęła mnie od pierwszej strony i niejednokrotnie zaskoczyła. Bez wahania sięgnęłam po "Perfekcyjną żonę" licząc na równie emocjonującą historię. 
    Tim jest właścicielem firmy produkującej roboty. Wizjoner, przed którym informatyka nie ma tajemnic. Jego żona ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Pozostający sam z synem, cierpiącym na autyzm Tim tworzy cobota. Robota, który jest kopią Abbie, jego żony. Nie tylko wygląda jak ona, ma także jej wspomnienia i osobowość. 
    Pierwsze zaskoczenie to Abbie- robot. Zupełnie nie spodziewałam  się, że narratorem historii będzie maszyna. Początek, kiedy czytelnik ją poznaje, wydawał mi się nieco...odrażający, nie tyle nierealny co dziwny. Abbie prowadzi bardzo dziwną narrację, bo w drugiej osobie. Niemal cała książka napisana jest w ten sposób, naturalnie pod koniec okazuje się dlaczego. To ma znaczenie. 
    Nie wiem, czy to celowy zabieg, ale w "Perfekcyjnej żonie" kolejne rozdziały są bardzo krótkie. Przez to, że koniec rozdziału to za każdym razem ujawnienie informacji, przez którą nie sposób odłożyć książkę bez zaglądania do kolejnego, "Perfekcyjna żona" jest praktycznie...nieodkładalna ;-). 
    Bardzo istotną rolę, jak się okazuje w posłowiu i w moim odczuciu najważniejszą w tej książce, pełni Danny, autystyczny syn Abbie i Tima. Danny poddawany jest terapii SAZ. To stosowana analiza behawioralna, która rzeczywiście wykorzystywana jest do pracy między innymi ze schizofrenią i autyzmem. Danny jest oduczany nieodpowiednich zachowań za pomocą karzącej zależności. Pozbawione emocjonalności karanie dziecka za niechciane zachowania nie podoba się Abbie. Kontrowersyjne w tej historii, jest rzeczywiście wykorzystywane. Nie mogę zdradzić więcej, polecam jedynie przeczytać posłowie. 
    Zupełnie nie spodziewałam się takiej historii, w której główną postacią i najważniejszym wątkiem, będzie robot. W pewnym momencie jednak jego istnienie wydawało mi się realne i całkiem uzasadnione. Jednak w przeciwieństwie do "Lokatorki", w "Perfekcyjnej żonie" jest bardzo niewiele dramatycznych zwrotów akcji. Historia mknie do przodu w szybkim tempie, nie jest przewidywalna ale też w żadnym momencie (poza zakończeniem) nie przewraca wszystkiego do góry nogami. 
    Nowoczesna, mam wrażenie, że to odkrywczy sposób pisania thrillera. Nieprzewidywalna, ale nie straszna. Za to momentami odrażająca tak, jak odrażające może być istnienie robota z osobowością. To co zostaje jednak ze mną na dłużej to postać Danny'ego, jego relacja z matką i ogrom trudności, z jakimi muszą się zmierzyć rodzice dzieci z autyzmem. Ostatni rozdział przez to nie jest straszny. Jest piękny i wzruszający. 
    

sobota, 7 września 2019

Zjazd absolwentów- Guillaume Musso

      Odkąd swego czasu podkradłam mojej ówczesnej współlokatorce (Milenko :-)) "Telefon do anioła", na bieżąco śledzę nowe historie Musso. Nie podchodzę do nich jednak bezkrytycznie, bo niektóre ("Dziewczyna z Brooklynu") rozczarowują. To nie zmienia jednak mojego nastawienia i ekscytacji, kiedy pojawia się tłumaczenie najnowszej powieści. 
    Thomas wraca na zjazd absolwentów swojej szkoły średniej. Na miejscu zostaną odkopane demony z przeszłości. I to dosłownie, bo naście lat wstecz w ścianie budynku zostało zamurowane ciało. Teraz wszystko wyjdzie na jaw. 
    Historia Thomasa to opowieść o poszukiwaniu zaginionej wiele lat wcześniej licealnej miłości. Vinca pewnego dnia po prostu zniknęła. Wraz ze zjazdem absolwentów wrócą także wspomnienia koszmaru i pytania, na które Thomas przez całe swoje dorosłe życie nie znalazł odpowiedzi. 
    Książki Musso kojarzą mi się z takim połączeniem thrillera, kryminału i romansu, które zawsze zaskakują zakończeniem. Z "Zjazdem absolwentów" nie było inaczej. Spodziewałam się bardziej romansu, tutaj jednak historia jest nieco bardziej kryminalna. W rzeczywistości mam wrażenie, że cała książka to trochę śledztwo Thomasa, czyli...kryminał ;-). Główny bohater jest pisarzem, dlatego jego prywatne śledztwo jest bardzo emocjonalne, co więcej, odkryje prawdy, których czytelnik zupełnie się nie spodziewa, a które mają sporą szansę złamać Thomasa. 
     "Zjazd absolwentów" zaskakuje. Zupełnie nie spodziewałam się zakończenia, ale też koniec książki to wiele bardzo dramatycznych zwrotów akcji. Mało tu miłości, bardzo dużo natomiast zagadek, tajemnic i Francji takiej, jaką najlepiej kreuje Musso. Nie przekoloryzowanej ale pięknej, takiej, za którą się tęskni, jak za wakacjami. 
     Trudno się od niej oderwać i...nie warto, bo najlepiej smakuje pod koniec. Nie muszę chyba dodawać, że czekam na kolejne...;-) 

niedziela, 1 września 2019

Farma- Joanne Ramos

      Jane jest Filipinką, która wyemigrowała do Stanów. Mieszka w bardzo zatłoczonym domu, razem z innymi imigrantami z Filipin, wraz ze swoją córeczką i ciotką. W poszukiwaniu pracy trafia do Złocistych Dębów. To miejsce, w którym bardzo bogaci ludzie zlecają wyselekcjonowanym surogatkom rodzenie dzieci. Miejsce jest idealnie przygotowane do rodzenia dzieci. Kobiety są regularnie badane, zdrowo odżywiane, a wszystko po to, by urodzić bardzo...drogie dzieci. 
    Mae jest menadżerką Złocistych Dębów. Wie doskonale w jaki sposób wykorzystywać potencjał ale także słabości dziewczyn, które postawione przez życie w trudnej sytuacji, nie cofną się przed niczym, by zdobyć pieniądze. Łącznie z wynajęciem własnego ciała. 
   Reagan poszukuje w życiu sensu, goni za ideałem. Z tego powodu, a może trochę z przekory i buntu przeciwko ojcu, również wynajmuje się na Farmie. 
   Wszystkie kobiety połączy jedno zadanie- urodzenie dzieci. Nie oznacza to jednak, że wszystkie będą miały w tym swój cel. 
    Przyznaję, że bardzo czekałam na tę książkę. Historia wydawała mi się może nieco science-fiction, jednak bardzo na czasie. Oczekiwałam sensacji, zwrotów akcji i w zasadzie niemal od początku zastanawiałam się nad tym,  z kim zostaną dzieci, jeżeli surogatki się zbuntują. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Książka zaliczona przez wydawcę do thrillerów w rzeczywistości jest raczej futurystyczną powieścią. Powieścią bardzo trudną, pokazującą spektrum ludzkich zachowań i tego, w jaki sposób "klasa wyższa" wykorzystuje osoby mniej wykształcone, podążające za zarobkiem, do osiągnięcia własnych celów. Postać Jane jest smutną marionetką sterowaną przez osoby, w jej mniemaniu bardziej doświadczone, wiedzące najlepiej, co będzie dla niej odpowiednie. Momentem, na który bardzo czekałam był ten, w którym Jane się zbuntuje. Miałam też nadzieję na jakiś bardziej dramatyczny zwrot akcji, nic takiego jednak się nie wydarzyło. 
    W posłowiu autorka wyjaśnia, że chciała napisać książkę poruszającą problemy imigrantów i nierówności. To sporo dla mnie wyjaśnia. Nie wyjaśnia natomiast gatunek, do którego została przypięta Farma. To nie jest thriller. To bardzo dobra, przejmująca powieść. Przerażające, że może ona być aktualna. 



środa, 21 sierpnia 2019

Sekret matki- Shalini Boland

     Jest niedziela, Tessa wraca do domu z cmentarza. Wraca do pustego domu. Jej mąż, po tragedii, którą przeżyli, postanowił ułożyć sobie życie na nowo. W domu czeka na nią niespodzianka. W kuchni znajduje dziecko, chłopca, który mówi, że przysyła go anioł. Tessa przez chwilę zastanawia się, co by się stało, gdyby chłopiec z nią został...Dzwoni jednak na policję, chłopiec trafia do swojego ojca. To wydarzenie zmienia jednak wszystko. Pod domem Tessy bez przerwy koczują dziennikarze, którzy szybko dokopują się do informacji, które bohaterka chciałaby wymazać z pamięci... 
     Historia wydawała mi się tak bardzo nierzeczywista i do tego stopnia nie potrafiłam wyobrazić sobie żadnego realnego zakończenia, że obawiałam się, że przy zakończeniu okaże się, że Tessa tak naprawdę wszystko to sobie wymyśliła, że na przykład choruje na schizofrenię. Znalazłam takie rozwiązanie w jednym thrillerze i...to trochę tak, jakby na końcu okazało się, że historia była zmyślona ;-). Tutaj jednak wydarzyło się coś znacznie bardziej zaskakującego, czego nie spodziewałam się do samego końca. 
    "Sekret matki" to taka książka, którą spokojnie można pochłonąć w jeden wieczór. Głównie dlatego, że nie ma tu w zasadzie żadnych pobocznych wątków. To po prostu historia Tessy, jej męża, śmierci jej dzieci i tajemniczego chłopca... 
    To z pewnością nie jest mrożący krew w żyłach thriller, ale bardzo ciekawa, straszna psychologiczna intryga. To raczej domestic thriller, w którym czytelnik ma okrutne wrażenie, że taka historia mogłaby przydarzyć się w sąsiedztwie. 
    Bardzo dobry thriller. Widzę, że w Polsce została na razie wydana tylko ta książka autorki, mam jednak nadzieję, że zostaną przetłumaczone inne książki Boland. Chciałabym sprawdzić, jak wypada autorka w innych książkach, bo początek wydaje się naprawdę intrygujący. 

piątek, 16 sierpnia 2019

Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury - Aleksandra Klonowska- Szałek

       Wakacje w pełni, sezon urlopowy również. Z pewnością wśród moich znajomych są tacy, którzy zimą wykupili tygodniowe wczasy na Majorce i doskonale wiedzą gdzie spędzą dni wolne. Są wśród Was jednak tacy, obok których ja również chętnie stanę, którzy sobotni wyjazd planują w piątek. Wśród tych drugich znajdą się tacy, którzy chętnie obejrzą ruiny jakiegoś mało popularnego zamku, ale z pewnością i tacy, którzy lubią odpoczywać w powolnym rytmie. 
   Kult powolnego życia, chociaż coraz bardziej widoczny, nadal nie jest dla nas oczywistym wyborem. Nie wszyscy z nas docenią poranne pianie koguta, albo ciepłą wodę mazurskiego jeziora. Zdarza się, że jeżeli nie mamy swojego "pewniaka", miejsca do którego co roku wracamy odpoczywać i wyruszamy w wirtualne poszukiwania, to trafiamy...na ścianę w postaci drogich hoteli o średnim standardzie, albo domków, które z pewnością widziały nie jedno. Z pomocą przychodzi autorka Odetchnij od miasta. 
    O czym zatem jest książka? Prosto, tak jak tytuły rozdziałów, w książce znajdziemy informacje o tym: gdzie spać, co zjeść i (to piękne!) co przeżyć. Chociaż książkę rozpoczyna opis w moim odczuciu, ekskluzywnego hotelu (w którym odpoczywa się bez dzieci!), to w większość znalazłam tu miejsca mieszczące niewielką ilość turystów, dużo pięknej, niebanalnej agroturystyki. Przy każdym noclegu autorka opisuje, co ciekawego warto zobaczyć w okolicy. 
    W kolejnym rozdziale znajdziemy miejsca z dobrym jedzeniem. Niektóre opatrzone przepisami, inne po prostu pięknymi opisami i zdjęciami. Autorka opisuje też, gdzie znajdziemy ekologiczną żywność. Sama zdążyłam już sprawdzić odległość do kilku miejsc, między innymi smażalni na jeziorze i restauracji, do której można dotrzeć przez głęboki las. 
    Co przeżyć to nie tylko zbiór muzeów ale także galerii, festiwali. Z pewnością nie znajdziemy tu namiarów na nocne kluby, ale już koncerty pod gołym niebem- z pewnością. 
    Ta książka jest czystą przyjemnością. Oglądam, zachwycam się fotografiami, za każdym razem otwieram inne miejsce, sprawdzam jak daleko mam do niego (mieszam na samej granicy województw kujawsko-pomorskiego i warmińsko-mazurskiego), przeglądam informacje w sieci. W zapłakany deszczem dzień i w poniedziałek wieczorem, kiedy nie mogę doczekać się urlopu. Jeżeli lubicie podróżować po Polsce, albo palcem po mapie. Jeżeli mieszkacie w bloku, a chcielibyście w wakacje zostać obudzonym przez pianie koguta, to musicie mieć tę książkę. 
     A może zaplanujecie wyprawę do miejsca, które odmieni Wasze życie? Wyobrażam sobie, że wybieram agroturystykę w książce, na miejscu zachwycam się i spędzam długie letnie wieczory na rozmowach z właścicielami, a potem wracam do mojego drewnianego domku i...patrzę na niego jakoś inaczej. Myślę, że ta książka mogłaby być najpiękniejszą inspiracją do zmian. Do powolnego życia. Gorąco polecam! 



Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Lucyna Tomoń (@lucynatomon)

sobota, 3 sierpnia 2019

Too late- Colleen Hoover

     
Colleen w tym roku wyjątkowo rozpieszcza swoich czytelników. Ledwo zdążyłam otrząsnąć się po "Coraz większy mrok", a kurier już przyniósł "Too late". Ta pierwsza zrobiła na mnie ogromne wrażenie i postawiła poprzeczkę naprawdę wysoko. 
    Sloan żyje z młodym bossem narkotykowym Asą, w bardzo toksycznym związku. On jest w niej zakochany, chociaż traktuje raczej, jak swoją własność. Ona pozostaje z nim, godząc się na poniżające sytuacje tylko ze względu na swojego niepełnosprawnego brata, któremu Asa opłaca dom opieki. Sloan nie widzi dla siebie ratunku do czasu, kiedy w ich życiu nie pojawia się Carter. 
    Pierwsza kwestia, która od razu mnie zaintrygowała, to fakt, że książka opisana jest przez wydawce, jako lektura tylko dla dorosłych. To mogłoby sugerować, że dzieją się w niej albo naprawdę straszne rzeczy, albo jest bardzo erotyczna (chociaż zastanawiam się teraz...wybaczcie, ale czy "50 twarzy Grey'a" również miało taką informację na okładce? Nie przypominam sobie, ale nie jestem biegła w literaturze erotycznej :D). W rzeczywistości książka faktycznie początkowo jest brutalna, to postać Asy wprowadza w nią element, którego wcześniej u Hoover nie spotkałam. Z drugiej strony jest jednak wątek tajemniczego, pięknego i jednocześnie tragicznego romansu Cartera i Sloan. Ten kontrast to w zasadzie największa wartość tej książki. To, wydaje mi się, tu leży jądro całej historii i dzięki temu, znajduje się ona obecnie na liście bestsellerów Empika. 
     Narracja prowadzona jest przez trzech głównych bohaterów: Asę, Sloan i Cartera. To bardzo przyspiesza akcję i pcha fabułę na przód. Przez książkę leciałam szybko, od razu mnie wciągnęła (chociaż naprawdę starałam się nie dawać jej forów wyłącznie ze względu na moją słabość do autorki ;)). 
    Z epilogu dowiedziałam się, że to książka, której kolejne rozdziały autorka publikowała w sieci. Może własnie dlatego, bez presji i wyznaczonych przez redaktorów i wydawców ram, Hoover dała się zupełnie ponieść swojej pisarskiej fantazji. Dzięki temu oddała w ręce czytelnika książkę zupełnie inną niż poprzednie. Kontrastowo brutalną i romantyczną jednocześnie. Bardzo dobra, wzbudza silne emocje, trudno się od niej oderwać. Mam tylko nadzieję, że to nie jest ostatnia książka Hoover w tym roku. 

poniedziałek, 15 lipca 2019

33 razy, mój kochany- Nicolas Barreau

      Główny bohater, Julien, jest młodym wdowcem, wychowującym kilkuletniego syna. Jego żona, Helene, zmarła kilka miesięcy wcześniej, po nierównej walce z chorobą. Julien pozostaje na tym etapie żałoby, na którym nie wychodzi się z domu, tylko rozpacza i złości. Przed śmiercią Helene prosi go, by napisał do niej 33 listy, dokładnie tyle, ile przeżyła lat. Twierdzi, że to pomoże mu się uporać z żałobą, a może nawet pozwoli mu pokochać od nowa? 
    Nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej książce. W zasadzie rzadko decyduję się na takie historie. Bezwarunkowo czytam jednak te, których akcja dzieje się we Francji. Żona Juliena pochowana jest na cmentarzu na Montmartrze, akcja powieści toczy się w Paryżu. I jest to taki wymarzony, przepiękny Paryż, w którym chciałabym zamieszkać. Autor idealnie opisuje jego klimat. 
    Można by pomyśleć, że to nieco kiczowaty pomysł, o miłości...w Paryżu? Ale to nie jest łatwa miłość, w zasadzie to historia w znacznej części traktująca o żałobie, o tym, na ile razem ze zmarłym umiera uczucie, a ile z niego pozostaje w człowieku na zawsze. I czy, przede wszystkim, można kochać drugi raz? Czy to w ogóle jest możliwe? 
    Z twórczością autora zetknęłam się po raz pierwszy i już wiem, że wrócę do poprzednich jego książek. Cała historia i francuska atmosfera, w jakiej jest utrzymana, przypomina mi książki Niny George (które uwielbiam!). Liczyłam na romans, wzruszenie i pocałunki, a dostałam przepiękną historię pożegnania. To książka o trudnym czasie pomiędzy płaczem za zmarłym, a momentem, w którym na nowo chce się zacząć uśmiechać, żyć. 
    Przeczytana w kilka deszczowych wieczorów, z zapartym tchem, łzą wzruszenia ale i satysfakcją dobrze spędzonego czasu. Przy całej lawinie nowości, książek wydawanych niemal codziennie, to pozycja, która nie powinna przejść bez echa. Trudna i piękna jednocześnie. Chce się ją czytać i nie chce kończyć. Z pewnością jedna z tych książek, które na długo pozostają w mojej pamięci. 

      

niedziela, 23 czerwca 2019

5 książek, z którymi wstyd pokazać się na plaży


  Rzadko wstawiam zestawienia nowości ale...wakacje są chyba dobrym do tego pretekstem. Składa się to również z pokaźnym stosem przyjemnych lektur, które zgromadziłam i...tytułem z najnowszego Magazynu Książki. Mam tu na myśli tytuł "25 książek, z którymi nie wstyd pokazać się na plaży". Patrzę na okładkę magazynu i przychodzi mi na myśl, że nie jestem w gronie tych szczęśliwców, którzy czytają to, co wypada, to, co mądre i to, z czym nie wstyd... 

    Wyznaję pewną, ważną dla mnie zasadę- nie oceniam ludzi po tym, co czytają. Gorąco polecam. Dzięki temu odbyłam wiele ciekawych rozmów na temat książek, które nie wniosły do mojego życia nic poza wzruszeniem, albo śmiechem do łez. Uwielbiam mądre, piękne i trudne książki. Ale nie zostawiam ich do czytania publicznie tylko po to, by nikt nie pomyślał, że czytam szmiry... 
    Wakacje to dla mnie od wielu lat czas najlżejszych lektur. Takich o miłości, przyjaźni, o wakacjach właśnie. Takich, które czytam na plaży, pochłaniam w jeden dzień, a kiedy zaglądam do nich zimą, na moje dłonie wypadają ziarenka przyniesionego znad wody piasku. To najprzyjemniejsze uczucie, móc odpłynąć w lekturze, spalić przy tym plecy na słońcu i ochlapać kartki wodą, która kapie z mokrych włosów. Polecam. Gorąco polecam Wam też kilka nowości, o których poniżej(recenzje z pewnością będą pojawiały się w wakacje, zaczęłam od "Ja na to jak na lato" i jest...bardzo wakacyjnie ;-)): 

Urodziliśmy się nie po to, żeby być doskonali, lecz prawdziwi.


Piękna, bogata i zepsuta do szpiku kości Athene zszokowała wszystkich. Uciekła od męża z domokrążcą, nie zostawiając nawet listu. Ponad trzydzieści lat później Suzanna Peacock musi zmierzyć się z mroczną legendą swojej matki. I z prawdą o sobie, która jest pilnie strzeżoną rodzinną tajemnicą.



Suzanna jest dumna jak paw, i jak paw dziwna i niedostępna. Ma wszystko, co potrzebne do szczęścia, tylko nie ma już siły udawać, że jest szczęśliwa. Jedynym miejscem, gdzie czuje się bezpieczna, jest jej mały sklepik, Pawi Zakątek. To tam pewnego dnia spotyka kogoś, kto jest równie pogubiony. I dostaje szansę, aby zacząć wszystko od początku.



Niepublikowana wcześniej w Polsce powieść Jojo Moyes, pisarki, która podbiła serca polskich czytelniczek książkami "Zanim się pojawiłeś", "Kiedy odszedłeś" i "Moje serce w dwóch światach".



źródło opisu: https://www.empik.com/kolory-pawich-pior-moyes-joj... 




Gorące lato już w pełni i kusi słońcem, plażą i morzem. Rafał, po tym, jak udało mu się wyjść ze śpiączki, czerpie z życia pełnymi garściami. Namawia przyjaciół na wypad na wakacyjny festiwal. Tych kilka wspólnie spędzonych dni sprawia, że poznają siebie od zupełnie innej strony.
Czy prawnik w wyprasowanym gajerku wytrzyma noc pod namiotem z robakami? Czy rozsądna dziewczyna z dobrego domu straci głowę dla mistrza siłowni? Czy związek Rafała i Dominiki przetrwa rutynę codzienności?


źródło opisu: https://wielkalitera.pl/produkt/ja-na-to-jak-na-lato-front











Jedna kamienica, dwa mieszkania, sześcioro przyjaciół – niech nie zmyli Was ten scenariusz, takiej książki jeszcze nie było!


Kłócimy się, wyzłośliwiamy, ale przede wszystkim rozmawiamy. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Szukamy swoich drugich połówek i pomagamy w tych poszukiwaniach innym. Jesteśmy przyjaciółmi. Wiemy, że możemy na siebie liczyć, jesteśmy dla siebie wsparciem i będziemy ze sobą zawsze – na dobre i na złe.



Bo przecież najlepszych przyjaciół poznaje się w kamienicy!
Przezabawna seria o grupie przyjaciół, których połączył wspólny adres i to samo poczucie humoru. Poznajcie Cypiska, Alicję, Krzyśka, Igę, Karolinę i Karola i dajcie się zaskoczyć – to historia inna niż wszystkie!


źródło opisu: http://czwartastrona.pl/przyjaciele-na-dobre-i-na-zle/



Piękne, malownicze jezioro, kojące pejzaże i… przyjaźń, która leczy rany.


Alina od roku pracuje w wydawnictwie; wraz z mężem zostaje zaproszona na przyjęcie przez koleżankę z pracy, Ewę. Na imprezie poznaje jej męża, który jest lekarzem, oraz sympatyczną parę – Gabi i Jean Pierre’a, planujących otwarcie francuskiej restauracji. Gdy panowie dowiadują się, że ich wspólnym hobby jest żeglarstwo, postanawiają wypocząć ze swoimi żonami nad pobliskim Jeziorakiem.



Więzi się zacieśniają, a przyjaciele coraz częściej wyjeżdżają nad jezioro. Każda z par jednak mierzy się ze swoimi kłopotami. Czy sielskie krajobrazy pozwolą znaleźć wewnętrzny spokój i odpocząć od życia, które rzuca kłody pod nogi? Czy magia Jezioraka i szum wiatru w żaglach pozwolą uciec od codzienności?


źródło opisu: http://czwartastrona.pl


Według trzydziestoletniej Stelli świat powinien rządzić się jedynie prawami logiki. Tworzenie algorytmów wydaje jej się zdecydowanie prostsze niż relacje z mężczyznami. Wizja bliskości budzi w niej niechęć, a na myśl o całowaniu robi jej się niedobrze. Trochę pod wpływem matki, trochę dla samej siebie postanawia to zmienić. Na pewno nie pomagają jej chorobliwe trudności z nawiązywaniem relacji. Czy to wina objawów zespołu Aspergera, czy może Stella tak po prostu ma?


Do wprowadzenia zmian w swoim życiu Stella zabiera się nietypowo. Chce „nauczyć się współżyć”, potrzebuje dobrego treningu. Uznaje, że do ćwiczeń najlepiej nada się profesjonalista, czyli wynajęty mężczyzna do towarzystwa. Tak poznaje Michaela. Plan lekcji, który wspólnie realizują, wychodzi znacznie poza całowanie. Ich biznesowy układ szybko zmienia swój charakter. Stella odkrywa, że w życiu najbardziej liczy się to, co wymyka się równaniom matematycznym.



„Więcej niż pocałunek” to brawurowy debiut Helen Hoang, która zainspirowana własnymi doświadczeniami stworzyła historię miłosną z motywami psychologicznymi i dawką subtelnie rozegranych wątków erotycznych.



Wyjątkowa. Seksowna. Zabawna. Książka „Więcej niż pocałunek”, pasjonująca opowieść o nietypowych miłosnych perypetiach Stelli Lane, wygrała w plebiscycie na najlepszą książkę roku – Goodreads Choice Awards. Uzyskała przy tym bezprecedensową liczbę 45 tysięcy głosów! 


źródło opisu: Materiały wydawcy

    Jednocześnie, chciałabym Wam życzyć przepięknych i słonecznych wakacji. Odpocznijmy od szarugi i trudnych lektur. Mam nadzieje, że to lato będzie dla Was wyjątkowo zaczytane :-).

wtorek, 18 czerwca 2019

Coraz większy mrok- Colleen Hoover


    Po książki Colleen Hoover sięgam w ciemno, niemal bezkrytycznie. Nawet jeżeli któraś z nich nie zachwyca mnie tak, jak te ulubione (Maybe someday, Ugly love i ostatnio Wszystkie nasze obietnice), to szybko o tym zapominam i z zapartym tchem czekam na kolejne pomysły autorki. Kiedy Wydawnictwo Otwarte napisało do mnie z propozycją zrecenzowania pierwszego thrillera Colleen, z niecierpliwością czekałam na przesyłkę.
     Lowen jest autorką thrillerów. Niedawno zmarła jej matka i popadła w finansowe kłopoty. Propozycja kontynuacji bestsellerowej serii spada na nią jak grom z jasnego nieba. Wraz z nią Jeremy, mąż pierwszej autorki serii. Verity jest sparaliżowana, nie może dokończyć swojej sagi.
   Jeremy zaprasza Lowen do świata Verity, wpuszcza do jej gabinetu, by tam, na podstawie zapisków pierwszej autorki, pisarka mogła dokończyć jej dzieło. Tragiczna śmierć dwóch córek Verity i Jeremy'ego nabiera dla Lowen zupełnie innego znaczenia, kiedy ta odkrywa autobiografię Verity.
    Gdybym nigdy wcześniej nie czytała żadnej książki Colleen, w ogóle nie dałabym tej historii szansy. Postawiłabym ją po środku linii pomiędzy romansem a thrillerem. Nie wiem, czy czytałam wcześniej coś podobnego. Historia Verity jest straszna, a to, co zaczyna dziać się w jej domu, przerażające. Bardzo dużo w niej jednak seksu, romansu. To zupełnie nie pasuje mi do thrillerów, które czytałam dotychczas. Paradoksalnie jednak, bardzo napędza fabułę.
    Książka wzbudziła we mnie skrajne emocje. Od takiego normalnego u Hoover szybszego bicia serca, związanego ze świetnie poprowadzonym wątkiem miłosnym, do szczerego strachu i niemałego obrzydzenia w związku z takim thrillerowym, czystym, niewyobrażalnym złem.
    Historia galopuje w szybkim tempie, nie jest w żadnym stopniu przegadana. Czytałam z zapartym tchem i gdyby nie ograniczenia czasowe, z pewnością pochłonęłabym ją w jeden wieczór. Nie wiem nawet, czy nie była trochę...za krótka? Chętnie poczytałabym ją dłużej, bo emocje, które we mnie wzbudzała, warte byłyby dłuższego czasu.
    Zakończenie... kompletnie rozbija wszystko, czego czytelnik dowiedział się wcześniej. Do teraz nie wiem, kto tak naprawdę okazał się być tym najczarniejszym charakterem. Wiedziałam, aż do samego zakończenia. Jego otwarta forma, świetne wykorzystanie samego faktu istnienia fikcji literackiej, zostawia czytelnika z szeroko otwartymi oczami i...pytaniem, na które chyba musi odpowiedzieć sam. Gdzie kończy się literacka kreacja, a zaczyna rzeczywistość, której można zaufać?
     Świetna. Chciałabym móc wykasować ją z głowy i móc przeczytać na nowo. To nadal stara Hoover, tylko w trochę mroczniejszej odsłonie. Mam ogromną nadzieję, że autorka spróbuje swoich sił w gatunku ponownie, czekam z niecierpliwością!

niedziela, 5 maja 2019

Po dobrej stronie- Specner Quinn / książka #nasmyczy


    "Filmowa" okładka "Po dobrej stronie" podpowiadała mi równie filmową, bardzo wartką historię. Z drugiej strony opis wskazywał bardziej na trudną i smutną powieść. Jeżeli dodamy do tego, że istotną rolę ma tu pełnić pies...nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Chciałabym jednocześnie odświeżyć książkowy hasztag #nasmyczy pod którym swego czasu pokazywałam psie książki. Tę z pewnością można do takich zaliczyć. Ale od początku :-)
     LeAnne służyła w amerykańskim wojsku. Podczas ostatniej, nieudanej misji w Afganistanie główna bohaterka w wyniku wybuchu granatu traci prawe oko. Po powrocie do Stanów staje przed trudnym zadaniem, rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Nie ma jednak nic, co mogłoby jej w tym pomóc: rodziny, domu, dzieci, ani nawet miejsca, do którego mogłaby się udać. Przypadkowa przyjaźń powoduje jednak, że zmienia swoje plany. Jej bezcelowa podróż po kraju zaczyna nabierać znaczenia. Nie bez powodu u jej boku pojawia się wielki, dziwny pies. U jej prawego boku. I za nic na świecie nie chce jej opuścić.
     Początkowo pomyślałam, że ta historia, chociaż opis obiecywał bardzo wiele, jest raczej...nudna. Ale postanowiłam dać jej szansę, z nadzieją, że się rozkręci. Fabuła, wydarzenia, nabrały rozpędu, chociaż akcja nadal snuła się powoli. LeAnne nie ma się dokąd spieszyć, przez co czytelnik płynie razem z nią, powoli, poznając kolejne fakty z jej życia. Cały czas miałam jednak wrażenie, że nawet mimo coraz lepszej znajomości jej przeszłości, nie potrafię wymyślić dla niej dobrego scenariusza na przyszłość.
   Sytuacja LeAnne jest beznadziejna. Albo to ona, główna bohaterka, po wszystkim tym, co przeszła, nie potrafi patrzeć w przyszłość. W zasadzie powinna wzbudzać w czytelniku litość, smutek. Wcale tak się nie dzieje. LeAnne ma w sobie obrońcę, który skutecznie blokuje wszystkie interakcje z rzeczywistością. Wyczulona na wszystkie spojrzenia padające na poranioną stronę jej twarzy, jest bardzo wrażliwa na każdy, najmniejszy komentarz. Bez względu na to, czy wraża współczucie, czy odrazę, LeAnne zawsze reaguje obroną. Dlatego trudno jej współczuć. Natomiast nie da się wygonić jej ze swojej wyobraźni. W mój umysł wdarła się bardzo dobrze wykreowana, barwna bohaterka.
    Nieśpieszna ale nie nudna. Wciągająca od pierwszej do ostatniej strony, w każdym calu przemyślana, wszystkie wydarzenia mają znaczenie. Nie spodziewajcie się jednak filmowej akcji (chociaż wyobrażam sobie LeAnne podróżującą po Stanach, z psem u boku, film w iście amerykańskim stylu), a raczej powieści, która wdziera się gdzieś głęboko do czytelniczego wnętrza. Do tego wszystkiego pies, lustrzane odbicie głównej bohaterki. Równie niepokorny, a jednocześnie taki wzruszająco, po przyjacielsku...psi. Chcę czytać więcej takich książek!

środa, 24 kwietnia 2019

Skradzione dziecko- Sanjida Kay

     Przeczytałam "Skradzione dziecko" jakiś czas temu i przyznam szczerze, że wspomnienia o tej książce są nadal równie barwne i świeże, jakbym dopiero co ją odłożyła. 
    Zoe i Ollie mają dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Evie pojawiła się w rodzinie pierwsza, została adoptowana. Była dzieckiem...niezwykłym, choć jednocześnie dziwnym. Kiedy na świat przyszedł jej młodszy brat, Evie zaczęła odsuwać się od rodziców. Jej artystyczne fascynacje, budowanie dziwnych konstelacji, rozumianych wyłącznie przez nią, pochłania ją bez reszty. Do rodziców docierają sygnały, że córeczka kontaktuje się ze swoim biologicznym ojcem. Dostaje od niego prezenty. Tylko, czy to w ogóle możliwe? Nawet rodzice nie wiedzą, kim jest biologiczny ojciec dziewczynki. 
    Kompletnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Zmyliła mnie okładka. Mało mroczna, zupełnie nie thrillerowa, prawda? Nawiązuje ona bardziej do miejsca akcji, bardzo istotnego dla fabuły. Wydarzenia rozgrywają się w miejscowości Ilkley w West Yorkshire. Miasteczko słynie z przepięknych wrzosowisk, które w książce są tłem dla różnych wydarzeń. Co więcej, Zoe jest artystką. Źródłem jej inspiracji są właśnie rozciągające się za jej płotem wrzosowiska. Maluje obrazy, chociaż ostatnio nie ma na to czasu, dzieci zajmują całą jej uwagę. Zoe odkrywa malowanie na nowo, kiedy poznaje tajemniczego mężczyznę z wrzosowisk. Wydarzenie zbiega się w czasie z pierwszymi prezentami od biologicznego ojca Evie. 
    Zmyliła mnie ta książka i wciągnęła po cichutku. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca. Może to właśnie kwestia mojego zupełnego braku oczekiwań względem tej książki. Dałam jej szansę z myślą, że trudno, najwyżej odłożę. Okładka chociaż ostatecznie nabiera sensu i logicznie łączy się z fabułą, w ogóle nie obrazuje tego, co dzieje się w środku. 
     Thriller z gatunku, jak opisuje Wydawnictwo, domestic thriller. Domowa sielanka zostaje przerwana przez straszne wydarzenie, które zazwyczaj odkrywa więcej mrocznych kart z przeszłości bohaterów.  Doskonały debiut autorki. Czekam z niecierpliwością na kolejne jej książki. Zaskakująca, bardzo dobra. 

środa, 27 lutego 2019

Zostań ze mną- K.A. Tucker

    Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, ale jeszcze bardziej nie chciałam jej kończyć. Tucker była jedną z pierwszych autorek, których książki recenzowałam. Pisałam wtedy o "10 płytkich oddechów", książce, którą trudno przebić. Świetna, trochę sensacyjna, zrobiła na mnie ogromne wrażenie i niestety...żadna kolejna, nawet z tamtej serii, jej nie przebiła. Aż do "Zostań ze mną".
    Calla urodziła się na Alasce. Jednak kiedy była malutka, jej matka postanowiła przenieść się do Toronto. Dziewczyna dorasta bez ojca, w codzienności wielkiego miasta. Wszystko zmienia się, kiedy Calla dowiaduje się, że jej ojciec jest chory na raka. Postanawia odwiedzić Alaskę i na nowo poznać ojca i swoje korzenie.
   Początkowo Calla jest...denerwująca. Zastanawiam się, czy nie jest tak dlatego, że może w trochę przerysowany sposób, pokazuje to, czego we współczesnych dziewczynach jest tak dużo, do czego wszyscy przywykli. Ogromną wagę przywiązuje do makijażu, strojów i postów na instagramie. Los na jej drodze stawia jednak Jonaha, który początkowo na robiąc jej na złość, będzie chciał jej pokazać, że można chodzić po lesie w butach innych niż kalosze marki Hunter. Calla przechodzi przemianę, której od początku można się domyślić. Jednak jej przemiana jest tylko tłem dla wydarzeń.
    Jonaha za to od razu skradł moje serce. Taki prawdziwy mężczyzna, idealny książkowy facet, który nie istnieje w rzeczywistości, ale o którym czyta się z ogromną przyjemnością.
   Ta historia to jednak coś więcej niż romans. Chociaż nawet, gdyby okazała się tylko historią miłosną, byłaby świetna. To przede wszystkim historia o szukaniu siebie, o tym, że na naprawianie relacji z rodzicami zawsze jest czas.
   Początki historii Calli i Wrena, jej ojca, nie są cukierkowe, przekoloryzowane. Okazuje się, że to wcale nie takie proste, obudzić na nowo miłość rodzica i dziecka.  Co więcej, Calla odkryje, że rozstanie jej rodziców nie było takie oczywiste.
   "Zostań ze mną" skłoniło mnie jednak do pewnego przemyślenia. Niemal codziennie pokazuję na Instagramie swoje życie. Piękne fotografie, chcę żeby były magiczne, żeby widz zobaczył w nich coś wyjątkowego. Ostatecznie jednak okazuje się, że jestem trochę jak główna bohaterka tej książki. Chowam za obrazkami prawdziwe problemy. Odsyłam do posta na instagramie, link poniżej.
    Naprawdę nie chciałam kończyć tej książki.To jest taka opowieść przez którą płynie się z przyjemnością i  którą chce się rozwiązać i nie chce kończyć jednocześnie. Zakończenie, chociaż od początku wydaje się oczywiste, bardzo mnie zaskoczyło. W ten wzruszający sposób tak, że chociaż wydawało mi się, że się nie rozpłaczę...;-) 
     Po poprzedniej "Chroń ją" miałam niedosyt. Pojawiła mi się taka myśl, że może Tucker już nie jest taka świetna jak wcześniej. Wróciła mi w nią wiara, bardzo. Wiem, że autorka napisała kolejną powieść i że Wydawnictwo Filia ma w planach wydanie. Czekam bardzo!
    Nie wiem, co powinnam jeszcze powiedzieć, żeby zachęcić Was do lektury. Naprawdę chcecie przeczytać "Zostań ze mną". Żeby rozpłakać się na końcu, zakochać się w Jonahu i przeżyć piękną przygodę na Alasce :-)



Fragment „Zostań ze mną” skłonił mnie do pewnej refleksji (cytat, o którym mowa znajdziecie stories). Lubię moje zdjęcia i jeszcze bardziej lubię z Wami tworzyć to miejsce. Ale od pewnego czasu mam wrażenie, że pokazuję Wam ułamek mojego życia, ukrywając tę znacznie większą część, która wcale nie wyglada tak magicznie. Nie wiem dlaczego tak ciężko jest mi to wyznać publicznie, ale moje życie nie jest ostatnio specjalnie kolorowe. Głównie za sprawą braku pracy i zupełnego braku perspektywy...Wy widzicie piękne zdjęcia, bo mam na nie czas. Ja widzę w tym ostatnią deskę ratunku...Smutno mi dzisiaj i nie mam ochoty udawać. #zostańzemną #staywithme #goodmorning #dziendobry #bonjour #kawa #kawusia #kochamksiążki #bookworm #bookphotography #booklover #cosy #hygge #openbook #bookmorning #niedziela #wyznanie #readingtime📖 #readingaddict #terazczytam #czytam #czytaniejestsexy #czytaniejestfajne #bookstagrammer #coffee_inst #coffee_time
Post udostępniony przez Lucyna Tomoń (@lucynatomon)

czwartek, 21 lutego 2019

Madame Pylinska i sekret Chopina- Erick-Emmanuel Schmitt

 
   Autor i narrator jednocześnie poznaje w dzieciństwie, dzięki swojej ciotce, muzykę Chopina. Szybko odkrywa, że nie ma ona sobie równych. Uczy się grać na fortepianie tylko po to, by móc wykonywać Chopina. Ciągle jednak wydaje mu się, że jest odtwórczy, że nie gra tak, jak powinien. Trafia do ekscentrycznej nauczycielki, madame Pylinskiej. Kobieta zmusi go, by odkrył grę z zupełnie innej strony. Zamiast bez przerwy grać ten sam utwór, nauczycielka każe mu zbierać w Ogrodzie Luksemburskim kwiaty tak, by nie strząsać z nich rosy. Wszystko po to, by mężczyzna odkrył swoją prawdziwą doskonałość. 
    Zabrałam tę książkę ze sobą w podróż. Czytałam, kiedy obrazy szarej rzeczywistości zmieniały się za oknem i przez chwilę byłam z bohaterami w Paryżu. Słyszałam Chopina, czułam frustrację Schmitta, a potem razem z nim doszłam do tej samej, świetnej puenty. 
    Ta książka to krótka historia o poszukiwaniu doskonałości. Nie koniecznie tej, którą widzimy, którą chcielibyśmy posiąść. Raczej tej, która jest nam pisana. Nie chciałabym wchodzić w interpretację tej historii, bo mam wrażenie, że każdy odnajdzie w niej zupełnie inną, ważną część. 
    Dobrą książkę poznaje się chyba po tym, że skłania czytelnika do refleksji. Takiej pięknej, milczącej myśli, która zostaje nie tylko od razu po przeczytaniu, ale wraca, za każdym razem, kiedy spojrzy się na okładkę. "Madame Pylinska i sekret Chopina" z pewnością ma szansę zrobić na swoich czytelnikach własnie takie wrażenie. 
     Z przyjemnością dałam się pochłonąć historii, czytając ją niemal jednym tchem. Inspiruje, skłania do przemyśleń. Czysta i piękna literacka przyjemność. Po prostu. Pokazuje, że wyjątkowość jest w życiu każdego z nas. Trzeba tylko nauczyć się patrzeć na nie z nieco innej strony. 

środa, 13 lutego 2019

Pierwsza miłość- Agnieszka Krawczyk, Natasza Socha, Agnieszka Lingas- Łoniewska i inni

      Walentynki w książkowym świecie to równie dobry marketingowo moment na romanse jak Boże Narodzenie. W tym drugim przypadku zawsze dam się wciągnąć ale w Walentynki jestem bardziej wybredna. Nie mam ochoty na romanse, tylko na obyczajowy powiew świeżości. Opowiadania sprawdzają się idealnie.      Wspólnym punktem wszystkich opowiadań w zbiorze jest miłość. Czasem pierwsza, innym razem ta, która chociaż w kolejności  następna, w sercu zajęła pierwsze miejsce. Nie brzmi to nawet jakoś odkrywczo. Takich antologii jest już kilka, kilka czytałam. Ta jednak jest przyjemnie wyjątkowa.     Dwa opowiadania, które moim zdaniem wygrywają, to to Agnieszki Krawczyk i Agnieszki Lingas-Łoniewskiej.     Pierwsza autorka zabiera czytelnika w zupełnie nietypowe miejsce, do...hospicjum. Tam odbywa rozmowę z panem Janem. Opowiada jej on o swojej pierwszej randce, a potem zostawia dla głównej bohaterki list. Zakończenie wzruszyło mnie do łez. Opowiadanie drugiej Agnieszki, o której wspomniałam jest dla mnie o tyle wyjątkowe, że w zasadzie nie lubię książek tej autorki. Podejmowałam kilka prób i nigdy nie dotrwałam do końca powieści. Opowiadaniu postanowiłam dać szansę i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Zaskakujący pomysł i świeża oprawa. Poczułam miejsce akcji i na te kilkanaście stron przeniosłam się w historię pani Agnieszki.     Nie wiem dlaczego opowiadań wydaje się u nas tak mało. Wiem natomiast, że ja bardzo je lubię.  Pamiętam jak wiele lat temu, mogłam mieć może 17 lat, kupiłam nad morzem w namiocie z tanimi książkami,  pewnością je kojarzycie, antologię opowiadań "Listy miłosne". Czytałam je później na plaży i w pociągu, w drodze do domu. Zapisywałam notatki na prawie wszystkich marginesach tej książki. Po powrocie sprezentowałam ją chłopakowi, w którym się wtedy kochałam. Pamiętam, że czytał już w drodze do domu, chociaż był środek nocy, a on szedł pieszo.
    Opowiadania mają wspaniałą, magiczną moc. Te w "Pierwszej miłości" są przy okazji świeże i takie...dające nadzieję, może wiosenne? Będą idealne na walentynkowy wieczór. Albo do porannej kawy 14 lutego. Będą smakowały idealnie. Spróbowałabym też zapisać swoje przemyślenia tak, jak ja zrobiłam to dziesięć lat temu. Pięknie się potem do takiej ożywionej, personalizowanej książki wraca ;-)   

poniedziałek, 11 lutego 2019

Creative Flow. Rok uważnego życia- Jocelyn de Kwant

     Uważność to ostatnio bardzo modne słowo. Trzeba żyć uważnie, być w chwili uważnie, uważność jest kluczem do szczęśliwego życia. Ale co to właściwie oznacza i w jaki sposób naprawdę żyć uważnie? 
    Najcelniejsza definicja uważności, autorstwa Jonna Kabat-Zinna brzmi: „szczególny rodzaj uwagi, nieosądzającej i intencjonalnie skierowanej na wybrany element bieżącego doświadczenia". 
     Co to oznacza w praktyce? Uważność to tak naprawdę pozbawiona oceny świadomość chwili, tego co danym momencie dzieje się wokół nas. 
     Moje pierwsze ćwiczenie uważności, wiele lat temu, zanim jeszcze zaczęło się o tym mówić, to...chodzenie boso. Ale nie takie zwykłe, po prostu przejście się po trawie ale przejście świadome. Trudno to wyjaśnić, trzeba spróbować. Kiedy stawia się stopy miękko i skupia na tym, by nimi czuć w tym momencie, można swobodnie przejść na przykład po szyszkach. 
     "Creative Flow" ma skłonić czytelnika, a w zasadzie użytkownika dziennika, do uważnego życia. Rozumiem, że taka zmiana nie przychodzi z dnia na dzień. Ale ta książka jest pierwszym krokiem ;-). 
    W środku znajduje się 365 zadań do wykonania, na drodze do uważności. Książka została podzielona na różne działy, w niektórych trzeba coś narysować, w innych napisać, kolejne zadania dotyczą na przykład przyrody. 
    Przepięknie wydana, z ogromem ilustracji zrobiła na mnie wrażenie tak ogromne, że od razu zaczęłam szukać pierwszego zadania. Podeszłam do sprawy raczej niezobowiązująco i postanowiłam zacząć od najbardziej podobających mi się zadań, tym bardziej, że trudno w środku zimy poszukać liści, czy kwiatów. 
    Wiem z całą pewnością, że kilka zadań otwiera mój umysł niemal od razu. To na przykład rysunek wykonany techniką...pięciolatka. Albo obserwowanie powieszonego na zewnątrz prania. Przypomnijcie sobie suszące się na zawieszonych wysoko linkach pranie. W maju, w pełnym słońcu. Niemal czuję jego zapach. 
    Znalazłam też zadania, co najmniej jedno, które wydają mi się...absurdalne, nawet jeżeli mogłyby wpłynąć na mój mindfullness. Chodzi mi to na przykład o wzięcie prysznica po ciemku. Nie mam problemów z małymi pomieszczeniami, ani z ciemnością ale...nie wyobrażam sobie ;-). 
      Piękna, cieszy oko jak najpiękniejsze dziecięce książeczki. Zresztą jest w niej coś...kiedy usiadłam  z nią, sam na sam, żeby wybrać kolejne zadanie, wszystko wokół na chwilę straciło na wartości, a ja czułam...beztroskę. Taką dziecięcą, przyjemną. 







piątek, 25 stycznia 2019

Bezbronne- Taylor Adams

     Z rezerwą podchodzę do wszystkich książek, które są promowane jako bestsellery, książki, które podbijają świat. Ale opis tej książki przemówił do mnie tak bardzo, że jak tylko wpadła w moje ręce zaczęłam czytać. 
    Jest Wigilia, Darby wyrusza w daleką podróż do domu. Wraca do matki, która jak się okazało, jest bardzo chora. Niestety, w drodze łapie ją śnieżyca stulecia. Na domiar złego rozładowuje jej się telefon i nie może złapać zasięgu. Musi zatrzymać się na postoju. W budynku spotyka czwórkę obcych ludzi, z którymi przyjdzie jej spędzić najbliższą noc. W poszukiwaniu choćby jednej kreski zasięgu wychodzi na zewnątrz. W jednym z zaparkowanych samochodów zauważa dziecięcą rączkę. Zaciśniętą na metalowej kracie. 
    Nie mogę powiedzieć nic więcej ale...Ta książka jest straszna. Autentycznie się jej bałam. Jednocześnie jednak, została napisała w tak przebiegły sposób, że ciężko jest się od niej oderwać. 
    Darby nie jest typową główną bohaterką. Główni bohaterowie mają bowiem to do siebie, że najczęściej są dobrzy. Postępują tak, jak należy, zawsze. Nie chodzi mi o to, że Darby robi coś złego, wręcz przeciwnie. Jednak otwarcie mówi o tym, że w porządku, postanowiła postąpić heroicznie, ale z drugiej strony trochę wychodzi z niej natura bardzo podobna do tego najgorszego, nastraszniejszego z bohaterów tej książki. Bo Darby, nawet jeżeli chce uratować dziewczynę, to chce też...się zemścić. 
    Czytam wiele thrillerów. Moi bliscy często łapiąc książki leżące gdzieś w moim domu, pytają- Nie boisz się tego czytać? Po co ty w ogóle czytasz TAKIE RZECZY? Tylko, że ja czytam je raczej bez emocji. Po prostu, strona po stronie, bez względu na to, jak bardzo wciągająca jest historia, nie zdarza mi się, żebym się jej przestraszyła.
     Z "Bezbronnymi" było inaczej. Po tym, jak którejś nocy czytałam do pierwszej, a potem, kiedy okazało się, że w całym domu nie śpię tylko ja, bałam się zasnąć. Ostatecznie zostawiłam światła zapalone niemal wszędzie i postanowiłam czytać tę książkę tylko w dzień. 
   Postanowienie złamałam dzień później, kiedy dotarłam niemal do zakończenia i znowu czytałam późno w nocy. To co innego, bo zakończenie zawirowało i już już, wydawało mi się, że autor zrobił coś strasznego, że nie, przecież ta książka nie może się tak skończyć...Na szczęście ostatnie zdanie (dosłownie) zmienia wszystko. 
    Tempo akcji jest ogromne i za każdym razem, kiedy wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia, pojawia się nowe rozwiązanie, natomiast zawsze, kiedy wydawało mi się, że Darby się uda...pojawiał się nowy element. 
    "Bezbronne" są trochę jak książkowy escape room. Autor otwiera przed nami pewne drogi, a potem w brutalny sposób je zamyka. Od początku trudno jest sobie wyobrazić, że ktoś z tej masakry wyjdzie cało. Wyłącznie dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach.