wtorek, 15 stycznia 2019

Morderczyni- Sarah A. Denzil


  Leah zaczyna życie w nowym miejscu. Podejmuje pracę w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Przeprowadza się wraz z bratem, Tomem, do wiejskiego domu gdzieś między wrzosowiskami. W szpitalu zostają jej przydzielone trzy pacjentki. Ale jedna z nich wzbudza jej szczególne zainteresowanie. Isabel przed laty została skazana za morderstwo. Troje dzieci bawiło się razem nad stawem. Kiedy zrobiło się nienormalnie cicho i dorośli poszli sprawdzić, co robią, znaleźli małą Maisie pływającą w stawie...martwą, a obok lekko umazanego krwią Owena i Isabel z krwią na ustach.
     Sprawa tylko na pierwszy rzut oka wydawała się ewidentna. Kiedy Leah poznaje Isabel, stara się zachować pełen profesjonalizm, jednak dziewczyna jest...taka normalna. Nie ujmująco urocza jakby była socjopatką, ale też nie specjalnie wycofana. Rysuje ptaki, oswoiła wronę. Leah coraz bardziej zastanawia się, czy to możliwe, by ktoś taki mógł popełnić straszną zbrodnię. 
    Bardzo ciężko było mi przewidzieć, co się wydarzy. Razem z główną bohaterką naprawdę długo nie potrafiłam stwierdzić, czy wierzę Isabel. Ciężko było mi się przekonać do Leah. Nawet jeżeli z czasem okazało się, że miała pewne powody to...Nie miała jednocześnie takich mocno widocznych cech charakteru, takie trochę...ciepłe kluchy. To się nieco zmienia w drugiej części, kiedy Leah zostaje trochę...obnażona. 
    Isabel za to jest świetna. Niemal do ostatniej strony trudno było mi zdecydować, czy to ona zabiła Maisie, czy nie, tym bardziej, że w trakcie poznałam ojca Isabel i jej brata, który był wtedy przy nich, kiedy umierała Maisie. Czasami skłaniałam się ku jednej teorii, innym razem zupełnie odrzucałam scenariusz tego wydarzenia. 
   Przy tym wszystkim po prostu leciałam, strona po stronie, aż nieoczekiwanie robiła się pierwsza w nocy i okazało się, że niemal skończyłam lekturę.
    Mocne strony? Książka jest niezaprzeczalnie wciągająca i nieprzewidywalna. Dzieje się bardzo dużo, przez co w szczególność w drugiej części, ciężko się od niej oderwać. Co więcej, autorka jest bardzo przekonywująca w opowiadaniu o niewinności Isabel. Albo wręcz przeciwnie, o tym, że to ona jest morderczynią. Ciężko samemu zdecydować, po której stronie chcemy stanąć. 
   Są jednak i słabe strony. Bardzo dużo się dzieje. Autorka utrzymuje czytelnika w ciągłym, bardzo thrillerowym strachu, ale w pewnym momencie chciałam jej powiedzieć- dość, tego już zbyt wiele! Nie koniecznie dlatego, że było mi ciężko znieść ogrom strachu, raczej dlatego, że jeszcze jeden element i książka zrobiłaby się mocno przekombinowana... 
    Do połknięcia w kilka wieczorów, albo jeden dzień. Nie trzeba lubić głównej bohaterki, żeby dać się ponieść historii. Zaznaczyłabym jeszcze, że to thriller z gatunku tych brutalnych, takich, po których czytelnik boi się zgasić w nocy światło. Mocny, dla wytrawnych thrilleroholików ;-) 
     

piątek, 7 grudnia 2018

Do Wigilii się zagoi- Agnieszka Błażyńska

       
   Kolejna świąteczna propozycja, tym razem debiut Agnieszki Błażyńskiej, który ukazał się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.
            Finka (od Józefina) jest fotografem. Wracając do Polski, na lotnisku wpada na bardzo przystojnego mężczyznę. Robi mu zdjęcie. Jej przyjaciółka postanawia wrzucić je do sieci, żeby pomóc Fince w znalezieniu modela. Niestety, zdjęcie szybko zostaje memem. Wiemy, że raz wrzucone do sieci zdjęcie, zostaje tam na zawsze. Rafał, którego wizerunek widnieje na zdjęciu, też właśnie wrócił do kraju. Nie spodziewa się burzy, która rozpęta się za chwilę wokół jego osoby. Ale ma przy sobie przyjaciela prawnika. Finka natomiast, Martynę, która wrzuciła zdjęcie do sieci. Czy uda się to wszystko odkręcić do Wigilii?
            Powieści świąteczne są do siebie dość podobne. Zawsze pada śnieg, ktoś nie wierzy w Święta, ktoś spędzi je sam. W Wigilię wszystko się naprawia i nagle wszyscy bohaterowie są szczęśliwi. Tutaj jest...nieco inaczej.
            Pada śnieg, ale nie od razu ;-). Akcja książki zaczyna się bowiem jeszcze w listopadzie. Podobają mi się bohaterowie, bo nie są idealni. Główna bohaterka, Finka nie jest taką eteryczną romantyczną panną. Albo nawet jeżeli jest, to jest też bardzo ludzka, czytelnik poznaje ją od razu od wpadki, głupiego pomysłu. Od tego miejsca trudno było mi się oderwać od tej książki, czy w zasadzie...od samego początku ;-).
            Nie ma patosu Bożego Narodzenia, jest natomiast ciekawa akcja i dobrze napisani bohaterowie, tacy, którzy od razu wizualizowali się w mojej wyobraźni. Święta nie grają tu głównej roli, są dobrym tłem dla zabawnych wydarzeń.
            Wątków jest kilka ale nie znowu aż tyle, żeby nie móc się w nich połapać. Całość mam wrażenie, jest raczej, jako, że bohaterowie są młodzi, skierowana raczej do podobnej grupy wiekowej.            
            Wcale nie oznacza to jednak, że książka jest śmieszna i o niczym. Wręcz przeciwnie. Pojawiają się wątki, w szczególności jeden, o którym nie powiem zbyt wiele, który ma w sobie magię świątecznego cudu.
            Poleciłabym ją tym, którzy do Świąt mają raczej obojętny stosunek. Albo tym, którzy wręcz ich unikają i denerwuje ich, że od połowy listopada we wszystkich centrach handlowych stoją ogromne świecące choinki. Nie po to, by wróciła wiarę w Święta. Ale po to, by pozwoliła spojrzeń na nie w inny sposób, lekki? Zabawny? Bez patosu.
            Napis na okładce mówi, że na podstawie tej książki powinien powstać film. I...mógłby. Poszłabym na taki film do kina. I jestem pewna, że bawiłabym się doskonale ale...popłakałabym się na finale.

piątek, 30 listopada 2018

Okruchy dobra- Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska

     Wydaje mi się, że przez cały rok nie czytam tyle polskich powieści, co przed Świętami. Skoro nie ma śniegu i alternatywnym sposobem na poczucie magii Świąt może być jedynie chodzenie po centrum handlowym z "Last Christmas" w tle...To ja wybieram lektury. Zaczęłam od "Okruchów dobra". 
    Dom w centrum Krakowa. Roman samotnie wychowuje syna, który ma do niego same pretensje. Jowita organizuje  Wigilię dla swojej córeczki. Musi jej wyjaśnić, że taty nie będzie z nimi ani w tym roku, ani w następnym. Małgorzata nie potrafi zbudować relacji z dorosłą córką, Urszulą. Szymon właśnie dowiaduje się, że jedna noc zapomnienia, może zmienić całe jej życie. Pan Ignacy natomiast po prostu rusza dorożką ze swoim koniem na Stare Miasto. 
   Trudno byłoby mi tutaj przywołać wszystkich bohaterów tej historii. Początkowo zresztą są to zupełnie osobne opowieści, dopiero później, w Wigilię, losy bohaterów zaczynają się przeplatać.  Z takiego trochę chaosu, wyłania się w bardzo przyjemny sposób spójna, wspólna klamra. 
    To trochę takie słowo, jak sympatyczny albo fajny, że tak naprawdę można tak powiedzieć o wszystkim, ale tutaj nic nie pasuje bardziej. "Okruchy dobra" są klimatyczne. Pada śnieg i autorki wspominają o tym na tyle często i opisują to w tak umiejętny sposób, że ja widziałam ten zimowy krajobraz za oknem. Oglądałam go razem z Zuzią, córeczką Jowity, która wypatrywała swojego taty. Co więcej, ten śnieg pada nad Krakowem. Chyba nie ma piękniejszego miejsca niż klimatyczne (znowu?) ulice Krakowa. 
     Nie potrafię tego wyjaśnić, może to dlatego, że to pierwsza świąteczna książka, którą czytam w tym roku, ale wciągnęła mnie bardziej niż niejeden kryminał. Poczułam Święta bardzo mocno. 
    Wiem, że to może troszkę bajka dla dorosłych, bo w grudniu rzadko pada śnieg, nikt nie zaprasza obcych ludzi do siebie do domu, nie wpada się na miłość swojego życia w second handzie. Tylko...skoro już nie wierzymy w Mikołaja, to czy nie pozostaje nam tylko wierzyć w Święta? W ludzkie dobro, w to, że w tym wyjątkowym czasie cuda wychodzą tak jakoś same. I że to nie kwestia atmosfery, gwiazdki z nieba ale tego, żebyśmy sami dali komuś coś od siebie. Wtedy dobro na pewno do nas wróci. 
    Przepiękna historia. Wspaniale, magicznie świąteczna. Pomoże poczuć klimat Bożego Narodzenia i przywróci wiarę w ludzi :-).