poniedziałek, 11 grudnia 2017

Wieczór taki jak ten- Gabriela Gargaś

    Kolejna świąteczna propozycja, tym razem autorstwa Gabrieli Gargaś, wydawnictwo Czwarta Strona. Autorka znana, lubiana nie tylko przeze mnie. Zapamiętałam przede wszystkim wplatanie w codzienność bohaterów powieści zupełnie niecodziennych, trudnych wydarzeń, albo takich...kompletnie oderwanych od rzeczywistości.
    Do małej miejscowości w Bieszczadach przyjeżdżają na Święta goście. Artur, rozwiedziony architekt, który nienawidzi Bożego Narodzenia. Wiktoria, starsza pani z początkami Alzheimera, która za bardzo wtrąca się w życie swoich dzieci. Lena, neonatolog, ze swoją córką. Wszyscy zatrzymują się w pensjonacie Miśki, głównej bohaterki. Miśka samotnie wychowuje swojego brata, Bartka. Ich matka zmarła krótko po porodzie. Ojciec...istnieje gdzieś daleko w świecie.
   Historie wszystkich bohaterów połączy nie tylko Boże Narodzenie, ale również...kompletna rozbieżność charakterów. Święta mają pewną magiczną moc powodowania cudów. Zdarzają się one nie tyle z jakichś nadprzyrodzonych powodów, raczej dlatego, że nasz wewnętrzny radar jest na nie znacznie bardziej wyczulony i zwyczajnie chcemy widzieć w burej, jesiennej codzienności cudowne sytuacje. 
   Nie inaczej jest w małej górskiej miejscowości. To oczywiste, że bohaterowie przyjeżdżają tam po cud. Naturalnie, wie o tym tylko czytelnik. Dlatego też, wydaje mi się, sięgamy po świąteczne książki. I dlatego w tym roku jest ich taki wysyp.
   Pamiętacie tę radość z Wigilii kiedy byliśmy dziećmi? Czy co roku nie myślicie o tym, że kiedy jest się dorosłym, to już zupełnie nie to samo? Jedni nienawidzą przez to Świąt i twierdzą, że Mikołaj istnieje tylko w bajkach. Inni (ja!), czarują jak mogą, czytają o Świętach, cieszą się na nie jak dzieci i zrobią wszystko, by poczuć dziecięcą radość.
  Czy książka Gabrieli Gargaś mi w tym pomogła? Bardzo! Świątecznie naiwna, piękna, chociaż nieszablonowa. Nie spodziewacie się, których bohaterów autorka ze sobą połączy, naprawdę :).
   To też pierwsza w tym roku świąteczna książka, przy której uroniłam łzę. Nie powiem kiedy, powiem tylko, że warto na ten moment poczekać. I zabrać się za lekturę zanim wciągną nas przygotowania :). 

czwartek, 30 listopada 2017

Gwiazdka z nieba- Katarzyna Michalak

Ile razy już mówiłam, że więcej się z Katarzyną Michalak nie spotkam? Znowu przegrałam...Wszystko dlatego, że przegrywam  niemal wszystkimi świątecznymi książkami.
  Natalniel jest ratownikiem TOPR. W wigilijny wieczór wyrusza na poszukiwanie zaginionch młodych ludzi. Znacznie później trafia na mazurską wieś, pod chatę na końcu świata. Spotyka życzliwych ludzi, którzy spróbują mu pomóc. Ale i takich, którzy za wszelką cenę będą chcieli wygonić gościa z Sennej.
   Główny bohater, mężczyzna (!) jest mimo swojego młodego wieku, bardzo potargany przez życie. Nie ma matki, z powodu wypadku z górach utyka na jedną nogę. Zatrzymuje się w Sennej tylko na chwilę, ale...wpada na Martę, która nie pozwala mu odjechać. Pomaga mu pozbierać życie. Sielanka kończy się, kiedy n drodze Marty staje Rosjanin, Siergiej. Namiesza w życiu wszystkich bohaterów.
  Po pierwsze, spodziewałam się lektury bardzo świątecznej. Niestety...Święta pojawiają się tu zaledwie na końcu i na początku historii. Szkoda. 
    Historia Nataniela jest bardzo skomplikowana, autorka nie od razu odkrywa wszystko przed czytelnikiem. Sielankowy obraz za każdym razem coś, lub ktoś, niszczy.
    Drugoplanowa Marta też ma swój kawałek opowieści i wydaje mi się ona nieco ciekawsza niż historia Nataniela. Marta jest samotną krawcową. Ale nie od zawsze nią była. Kiedyś piastowała dużo bardziej odpowiedzialne stanowisko. Poza tym Marta mimo ogromnej niechęci do Siergieja, zbira trzęsącego całą wsią, czuje też dziwne przyciąganie...
   Jest też Mateusz. Potraktwany pod koniec historii nieco po macoszemu, początkowo towarzyszy Marce w pomocy Natanielowi. Poczciwy leśniczy. Przyjaciel Marty. Czy aby na pewno przyjaciel?
   Sporo się dzieje, historia jest idylliczna, trochę bajkowa, jak przystało na panią Michalak. Zabrakło mi Bożego Narodzenia w większej części powieści. Wszystko jednak rekompensuje nowy bohater na ostatich stronach. Nie powiem nic więcej, nie chcę Wam psuć zabawy ale...dziewczynka na okładce nie znalazła się przez przypadek. 

piątek, 24 listopada 2017

Czasami kłamię- Alice Feeney

  Są trzy rzeczy, które musicie wiedzieć o głównej bohaterce
 1. Jest w śpiączce 
 2. Mąż już jej nie kocha 
 3. Czasami kłamie 
   Okolice Bożego Narodzenia. Amber pracuje w porannej audycji radiowej, wiedzie spokojne życie mimo, że jest nieco...neurotyczna. Czytelnik poznaje ją w trzech wymiarach czasowych. Po pierwsze Amber leży w szpitalu w śpiączce. Nie może się poruszać, ani mówić, ale słyszy, co się wokół niej dzieje. Nie pamięta jednak, co wydarzyło się wcześniej i to właśnie wspomina w tym drugim wymiarze. Trzeci to dzienniki kilkuletniej dziewczynki.   
   Słyszałam o niej same dobre opinie, chociaż po opisie zamieszczonym przez wydawcę w zasadzie...trudno domyślić się czegokolwiek. Wielka niespodzianka.  
   Amber jest dziwna...Chociaż trudno jej nie współczuć. Życie jej nie oszczędzało. Dziwna sytuacja z rodzicami, trudna relacja z siostrą, która teraz wyraźnie zbyt często kręci się wokół męża Amber, Paula. Jak jednak doszło do wypadku, po którym zapadła w śpiączkę? Czyżby ktoś chciał...zrobić jej krzywdę? 
   Ta książka jest..dziwna. Trudno się od niej oderwać, jednak...budzi w czytelniku sprzeczne emocje. Głównie za sprawą głównej bohaterki. Z jednej strony wzbudza litość, jednak z drugiej...kłamie? To może oznaczać, że każde wydarzenie w powieści może być nieprawdziwe. Poniekąd...Kiedy autorka zaczyna odkrywać przed czytelnikiem kolejne karty, nic nie jest takie jakie się wydawało. Ani nikt.
   Świetna. Naprawdę bardzo dobry thriller. Zostawia czytelnika ze sporym kacem. Idealna propozycja dla tych, do których nie przemawiają przedświąteczne opowieści o cudach. Tutaj są Święta, ale za grosz cudów. Jest za to nieprzewidywalna akcja. I nieprzewidywalna Amber. Amber, która w ogóle nie jest taka, jaką się wydaje.

piątek, 17 listopada 2017

Zamarznięte serca- Karolina Wilczyńska

   Pierwsza zimowa, przedświąteczna propozycja od Wydawnictwa Czwarta Strona. Mam ogromną słabość do czytania książek "sezonowo". Jeszcze większą jeżeli chodzi o pozycje świąteczne. Jestem z tych, dla których Święta mogłyby trwać już od drugiego listopada. 
   Liliana przyjmuje do swojego bardzo zorganizwanego życia zbuntowaną nastolatkę. dziewczyna, jak się później okaże, wprowadzi w jej rzeczywistość sporo...zmian. 
  Róża jest nieśmiałą nauczycielką, bardzo stroni od towarzystwa mężczyzn. W szczególności przed jednym... 
   Wioletta jest w ciąży. Z lekkim opóźnieniem dowiaduje się, że urodzi bliźniaki. Walczy o zainteresowanie...własnego męża. 
   Malwina właśnie aspiruje do bycia buisnesswoman. Chciałaby być taka jak Liliana. 
   Po pierwsze, chyba spodziewałam się jedej głównej bohaterki. Nic nie wskazywało na to, że ma być ich więcej, ale...może to i lepiej. Liliana początkowo bardzo denerwuje. To zamierzony, jak myślę, zabieg ale nieco...sztuczny. W momencie, w którym zaczęłam się do niej przekonywać, zrozumiałam jej przemianę, autorka przerzuca sie na Różę. 
  Wszystkie bohaterki mimo, że się przyjaźnią, są skrajnie różne. Czytelniczka ma się pewnie odnaleźć gdzieś pomiędzy nimi.  
   Czy są Święta? Są! I to aż cztery razy, bo wszystkie opowiadania dzieją się w równoległym czasie. Ciekawy zabieg i przede wszystkim ciągle jest świątecznie. Chociaż nie jakoś bardzo, to bardziej daty, pojdyncze sytuacje, niż fabuła oparta na Bożym Narodzeniu. Dlatego też można już czytać :). 
   Cztery niedomknięte historie. Autorka zostawia zapewne miejsce na kolejną część, ale też pozwala czytelnikowi uruchomić wyobraźnię, nie wykłada wszystkiego na tacy. Za to ogromny plus. 
   Idealna na już. Wprowadziła mnie w klimat, w którym mam zamiar pozostać do końca grudnia. Ciepła, lekka, na jeden wieczór. Może ten, podczas którego spadnie pirwszy śnieg? 

niedziela, 5 listopada 2017

Mgnienie- Marcel Woźniak

   Mniej więcej rok temu Marcel zadebiutował biografią Leopolda Tyrmanda. Pamiętam, jak bardzo zaimponował mi ogrom pracy, jaką wykonał przy tej książce. Pół roku później Czwarta Strona wydała pierwszą część kryminalnej trylogii. Byłam pod wrażeniem. Poprzeczka została zawieszona dość wysoko. 
   W "Powtórce" detektyw Leon Brodzki zostaje przydzielony do sprawy, która niebezpiecznie przypomina pewną historię z przeszłości. Zagadka teoretycznie zostaje rozwiązana, a morderca złapany. W "Mgnieniu" okazuje się jednak, że wszystko dopiero się zaczęło. Ginie Sara, córka detektywa. Nie żyje policjant. Morderca publikuje w sieci tajemnicze nagranie. Nic nie jest takie, jakie się wydaje. 
   Przy kolejnych częściach kryminału zawsze mam pewne obawy, że powtórzą schemat. Nawet jeżeli "Powtórka" wciąga bez reszty, trudno byłoby czytać dwa razy tę samą historię... 
  Jednak poza bohaterami nic w "Mgnieniu" nie wydaje mi się takie samo. Leon Brodzki przeszedł zdaje się przemianę, której nie zarejestrowałam. Z detektywa trochę w "Powtórce" błądzącego we mgle, staje się człowiekiem stanowczym, Marcel nadaje mu mocny charakter. Wydaje mi się, że głównie za sprawą czarnego humoru. Humoru samego autora. Gorzki dowcip w najmniej odpowiednich momentach. Świetny.   
    Akcja częściowo zmienia swoje miejsce, drugoplanowi bohaterowie z pierwszej części, pojawiają się tutaj z własnym wkładem w historię. Mnogość bohaterów i sporo niespodziewanych wydarzeń pcha akcję do przodu.Naprawdę szybko.
   Marcel wydaje się dojrzewa...kryminalnie. Sceny są tu znacznie bardziej sensacyjne, sporo zwrotów akcji, zupełnie zaskakujących. Wszystko gna, chociaż czytelnikowi naprawdę trudno przewidzieć w jakim kierunku. Momentami wydaje się, że fikcja literacka zaczyna żyć swoim życiem i tak, jak to powinno mieć miejsce w kryminale, dzieją się rzeczy, o które naprawdę trudno w rzeczywistości. Nie mam tu na myśli nic fantastycznego, nie aż tak. Dzieją się natomiast rzeczy naprawdę...nierealne.
   Akcja zatrzymuje się w wątku obyczajowym, którego znacznie mniej w "Powtórce". Brodzki ma uczucia, zdaje się, że kocha, chociaż ponownie, w zupełnie nieszablonowy sposób. Jest tu taka scena, piękna, bardzo obyczajowa, zmienia spojrzenie czytelnika na głównego bohatera. Okazuje się, że Leon walczy również w sobie, o...miłość. 
  "Mgnienie" wymyka się schematowi kryminału, do jakiego przywykłam. Jest bardzo sensacyjne. Czyta się to trochę...scenami. Do mojej wyobraźni one trafiają, widzę je. Jak w filmie. 
  I znowu...ostatecznie nic nie wiem. Czekam na kolejną część, mam nawet pewne podejrzenia, jak się potoczy...
  Marcel, z przyjemnością patrzę na Twoją literacką drogę. "Mgnienie" jest świetne. Literacko. Nie wiem, co wymyślisz w kolejnej części, wiem natomiast, że zrobisz to dobrze.

wtorek, 24 października 2017

Ania- Grzegorz Kubicki, Maciej Drzewicki

  
  Właśnie skończyłam. Wydaje mi się, że należałoby coś napisać, najlepiej na świeżo i...nie wiem, co miałabym powiedzieć.
   Anny Przybylskiej z pewnością nie trzeba nikomu przedstawiać. Od młodych lat związana z aktorstwem, rozwój swojej kariery zawdzięcza, jak się okazuje, serialowi "Złotopolscy". Niemal od razu zyskuje ogromną popularność, Polakom wydaje się taką swoją dziewczyną, z sąsiedztwa. Kilka lat temu zachorowała na raka trzustki. Zmarła w październiku 2014 roku. 
   Z pewnością nie śledziłam tej historii, ani kariery Anny Przybylskiej. Z dzieciństwa pamiętam natomiast "Złotopolskich". W niedzielę, oglądaliśmy rodzinnie, zazwyczaj po obiedzie u babci. Dlatego też, początkowo, pierwsze rozdziały książki były dla mnie bardzo...sentymentalne. Patrzyłam na zdjęcia Marylki Baki i przypomniałam sobie jak bardzo wściekała się męska część mojej rodziny, kiedy mama z babcią włączały serial. Trudno mi jest wyobrazić sobie czas, jaki upłynął odkąd jako dziecko to oglądałam, do teraz, kiedy kilka lat temu widziałam w kinie "Sępa" (Przybylska zagrała w nim u boku Żebrowskiego).  
   Z biografią jest tak, że do początku wszystko wiadomo. Nie do końca byłam przekonana co do tego, czy będę w stanie przeczytać "Anię" do końca. Mimo wszystko, to nie jest życiorys, który mógłby mnie zainteresować. Ale otworzyłam, jeden rozdział, następny, kolejny, kolejny i pierwsza w nocy. Trudno mi było się od niej oderwać, za co z pewnością autorom należą się gratulacje. 
  "Ania" to przede wszystkim zbiór wspomnień matki Anny, siostry i jej menadżerki. Brakuje słów jej męża, trudno natomiast mieć do niego o to pretensje. Nie wiem, czy szum wokół książki, rodziny aktorki, to coś, co chcę obserwować.
   Kogo zobaczyłam? Kobietę, która przede wszystkim była matką. W młodym wieku urodziła pierwsze dziecko, potem kolejne. W zasadzie autorzy przekazują obraz Ani- mamy. Piękne, zważywszy na młody wiek. Przybylska, jak piszą autorzy, swoją najważniejszą rolę ciągle miałam przed sobą, ciągle była aktorką znaną, niesamowitą, piękną, ale jeszcze nie zawodowo spełnioną. Dlatego też wydawało mi się, że biografia może...Jest nieco na wyrost? Naturalnie, ludzie będą ją czytać. Ale...nie zrozumcie mnie źle, kiedy sięgam po biografię, to żeby poczytać o życiu legendy, narodzinach geniuszu. Dlatego też trochę się jej obawiałam. Myliłam się. Przez znaczną część książki w mojej głowie przewijały się wspomnienia z dzieciństwa, później obserwowałam historię naprawdę normalnej kobiety, dotkniętej śmiertelną chorobą. Trudno mi jest opisać emocje temu towarzyszące. Wydaje mi się to tym bardziej trudne i szokujące, bo...Przybylska w ogóle nie pasowała do raka. Takich ludzi, tętniących życiem, gwiazd, pięknych kobiet, nie może dotyczyć coś tak okrutnego. Do końca miałam wrażenie, że rak tu nie pasuje.
   Wydaje mi się, że "Anna" zasługuje na lekturę nie tylko ze względu na pamięć o aktorce, ale o kobiecie, którą dosięgnęła straszna niesprawiedliwość. Naprawdę, trudno mi jest to sobie wyobrazić. Trudno też opisać to słowami. Płakałam, nie spodziewałam się, że będzie inaczej. Nie ma morału, pointy, lekcji. Jedno wiem na pewno. Rak się Bogu nie udał.

piątek, 13 października 2017

Krystyno, nie denerwuj matki- Michalina Grzesiak

    Rzadko sięgam po książki, które z definicji mają bawić. Tak samo, jak nie oglądam kabaretów. Wiem, że wszyscy oglądają i ich śmieszy. Dla mnie są nieco żenujące. Nie znaczy to jednak, że jestem gburem. Po nocach, za zamkniętymi drzwiami oglądam memy z prezydentem. Do dzisiaj śmieję się z mema z Auchanem(Ałchan? Auchan? Oszom? Oszołom?Achujan?). Ten typ humoru bawi mnie do łez (chociaż nie ma się czym chwalić). Ale to jest też coś tak bardzo poniżej, że trudno szukać tego w książkach. Chyba.
    Michalina jest blogerką. Bloguje tutaj. W książce opowiada, podobnie jak na blogu, jak to z tym życiem naprawdę jest. Naprawdę i bez koloryzowania. Że ciąża to nie mistycyzm i fruwanie kilka centymetrów nad ziemią. W końcu spuchnięte foki nie latają. Miłość miłością, ale trudno żyć ulotnymi chwilami, kiedy ciągle brakuje kasy.Nie oznacza to jednak, że życie jest szare, Polacy złodzieje i wszystko pod górkę. Michalina udowadnia raczej, że życie na każdym kroku jest...nieźle popieprzone. 
   Niby, jak czytamy na okładce, jaki kraj, takie hygge. Jednak...w moje hygge "Krystyno..." trafiło jak nic innego. Śmiałam się, tak naprawdę. Bardzo lekko i bardzo prawdziwie. Z przekoloryzowaniem raczej po to, by było śmieszniej. Michalina to z pewnością taka osobistość, która z historii o gotowaniu wody na herbatę zrobi przezabawną bajkę.   
   Wspaniałe ilustracje, dosyć autonomiczne historie, które czyta się z przyjemnością, szerokim uśmiechem i myślą, jak bardzo są prawdziwe. Trochę taka Musierowicz dla dorosłych.
  

niedziela, 8 października 2017

Duchy Jeremiego- Robert Rient

      Moje pierwsze spotkanie z Robertem Rientem. Niemal wszystko w opisie tej książki mówiło mi, że to nie jest lektura dla mnie, że przeczytam kilkanaście jej stron, a potem wyląduje w tym wstydliwym miejscu, do którego trafia wszystko z etykietą "kiedyś do ciebie wrócę". 
   Jeremi ma dwanaście lat, mieszka z mamą. Ojciec odszedł, bo, jak mówi Jeremi, był nieczuły. Ma przyjaciela Augusta, któremu może powiedzieć o wszystkim. Ma też dziadka, który przeżył Syberię, a teraz choruje na alshajmera, ciotkę Esterę i mamę, która jest chora. Jeremi wie, że mama jest chora na raka, lekarze pewnie też o tym wiedzą. Jeremi jednak boi się powiedzieć o tym mamie, wydaje mu się, że sama niczego się nie domyśla.  
    Tutaj nie chodzi o teraźniejszą akcję ale o to, co przeżywa Jeremi pod wpływem kolejnych nowości. Dziadek, który przeżył niesamowitą przygodę na Syberii? Dwunastolatek nie jest w stanie przyswoić tego, że survival, którego dziadek doświadczył, nie koniecznie był super zabawą. Alzheimer? Jeremi nawet nie wie, jak to napisać. Co z babcią? Babcia była Żydówką. Auschwitz? W jaki sposób wyjaśnić dziecku coś, czego dorośli nie rozumieją do dzisiaj? 
   Jeremi próbuje przewartościować swoje życie z bagażem, z którym niejeden dojrzały człowiek chodzi latami do terapeuty. I robi to znanymi sobie, dziecięcymi sposobami.  
   Trudno mi było zebrać myśli po lekturze "Duchów Jeremiego". Nie przychodzi mi do głowy bardziej idealnej określenie niż słodko-gorzka. Dziecięca naiwność Jeremiego rozczulała mnie na każdym kroku. Niemniej, kiedy miała się ona spotkać z tragedią nieuleczalnej choroby matki...Naprawdę trudno się nie rozpłakać.  
   Wzruszająca, bardzo trudna. Z pewnością jedna z tych, o których długo się pamięta i w zasadzie nie wiadomo jak je skomentować. Doskonała lekcja dla nas, dorosłych. 

wtorek, 26 września 2017

Dziewczyna z Brooklynu- Guillaume Musso

       Jeżeli miałabym wymienić swoich ulubionych pisarzy, to na liście w ciemno znalazłby się Musso. Od pierwszej przeczytanej powieści autora, czytam kolejno każdą nową. Czekam na polskie wydania, którąś udało mi się nawet przeczytać w oryginale, po francusku. Na tę też czekałam z niecierpliwością. 
   Raphael bardzo niewiele wie o swojej przyszłej żonie. Anna nigdy nie opowiada o swojej przeszłości. Anna zazwyczaj zbywa jego pytania. Do czasu, kiedy pokazuje mu pewne zdjęcie. Twierdzi, że zrobiła coś naprawdę okrutnego. Kilka chwil później...znika bez śladu. Raphael próbuje szukać narzeczonej na własną rękę, razem ze swoim przyjacielem, emerytowanym policjantem. Poszukiwania Anny, ale także prawdy o jej przeszłości, rozłożone pomiędzy dwoma kontynentami, zaprowadzą ich do miejsca, w którym nigdy nie przypuszczali wylądować. 
   Widziałam  wiele pozytywnych recenzji, widziałam zachwyty koleżanek- recenzentek i zastanawiam się...Czy czytałyśmy tę samą książkę...;) 
   Przesadziłam, ale tylko nieznacznie. Musso zachwycał mnie niezmiennie połączeniem wątku sensacyjnego, szybkiej fabuły, z elementem powieści, romansu. Stanowczo, w "Dziewczynie z Brooklynu" dzieje się bardzo wiele. Nie znalazłam natomiast tego drugiego, dla mnie bardzo ważnego w twórczości autora, elementu. Cały czas odnosiłam wrażenie, że okładka nie współgra z treścią, bo czułam się, jakbym czytała...kryminał. Relacja Raphaela i Anny, chociaż kluczowa dla powieści, nie ma najmniejszej szansy się rozwinąć, bo Anny zwyczajnie...nie ma. Szkoda. 
   Czytelnikowi niesamowicie trudno przewidzieć zakończenie tej książki, akcja robi zwroty w bardzo niespodziewanych momentach i to, w jaki sposób finalnie się rozwiązuje...Jest zupełnie nie do przewidzenia. Wciąga, trudno się od niej oderwać, ciągle jednak w ten kryminalny, sensacyjny sposób.  
   Świetni bohaterowie, trudno bowiem stwierdzić, kto w tej rozgrywce tak naprawdę jest dobry. W trakcie lektury kilka razy zmienimy zdanie o Annie, ale także o innym bohaterze. Musso zostawia sporą dowolność interpretacji tej walki dobra ze złem. 
   Wciągająca, zaskakująca, bardzo dobra. Szkoda, że tak bardzo sensacyjna. 
   

niedziela, 17 września 2017

Słodkie sekrety- Sally Hepworth

   "Słodkie sekrety" czekały w zasadzie całe wakacje na przeczytanie. Być może dobrze się stało, bo wakacje spędziłam w biegu, a wydaje mi się, że trudno wyciągnąć cokolwiek z tej historii, jeżeli nie poświęci jej się odpowiedniego czasu. Czytanie z doskoku w tym przypadku nie wchodzi w grę. Skupiamy się wtedy na biegu wydarzeń, nie widzimy tego, nad czym autor napracował się znacznie bardziej. Ale od początku. 
   Neva, Grace i Foss. Córka, matka i babka. W tej właśnie kolejności. Każda z nich pracuje, albo pracowała jako położna. Foss w Anglii, w czasach, w których porody przyjmowały pokolenia kobiet w domach. Grace, która odżegnuje się od szpitali i lekarzy. Uważa ich za szowinistów, którzy położne traktują z góry. Trudno jej pogodzić się z faktem, iż Neva pracuje w szpitalu właśnie. 
   Każda z kobiet skrywa pewien sekret. Neva jest w ciąży, nikomu jednak nie chce powiedzieć, kto jest ojcem dziecka. Hipiska Grace po kryjomu odbiera porody. Foss wiele lat temu wyjechała z Anglii, gdzie podobno zmarł ojciec Grace. Historia narodzin Grace jest jednak zupełnie inna.  
   Trzy kobiece tajemnice, które wspólnie tworzą ciekawą fabułę. Autorka odkrywa karty wszystkich historii bardzo powoli, przeplatając je z teraźniejszymi wydarzeniami. Wydaje mi się jednak, że to nie akcja tej książki zachwyca czytelnika. Trudno powiedzieć, czy historia jest przewidywalna. Nie do końca. Jednak to, co naprawdę spowodowało, że pomyślałam o "Słodkich sekretach", że tak, chcę je polecić, to...kobiecość tej książki. Morał jest taki, że nic nie liczy się w życiu bardziej, niż otaczający nas ludzie. Matka, babka, córka. Nieważne, czy łączą je więzy krwi. Ważne, że są blisko. Przyznaję, spodziewałam się historii miłosnej. Nie myślałam jednak, że będzie to historia kobiecej miłości. Miłości wielowymiarowej, wystawianej na wiele prób. Nie oznacza to, że utopijnej. Bynajmniej.  
   Kwintesencja literatury kobiecej. Nie dla bab. "Słodkie sekrety" to opowieść, o której chce się powiedzieć mamie, siostrze. Taka, przy której przypomniałam sobie, jak ogromną siłę noszą w sobie kobiety, matki, przyjaciółki. Przekazana w bardzo niebanalny sposób, bez zbędnych podsumować i ubarwiania. Wzrusza historiami porodów, ale przede wszystkim pokazuje siłę. Siłę kobiety, która przynosi na świat nowe życie i tych kobiet, które trzymają ją wtedy za rękę. To one stanowią największą moc. Zamierzam przekazać "Słodkie sekrety" mojej mamie. Może ona poleci ją potem swojej? 
   

środa, 30 sierpnia 2017

Dwoje- Anna Górecka, Andrzej Kopacki

 
   Powtarzam to chyba za każdym razem, kiedy sięgam po debiut, ale...naprawdę rzadko je czytam. Żyjemy w czasach, w których wydanie książki jest niemal tak łatwe, jak opublikowanie posta na Facebooku. Szkoda mi czasu na książki, które nic nie wnoszą. Ten debiut...wydał mi się jednak inny. Głównie za sprawą autorów, którzy w zasadzie...nie do końca są debiutantami.
    Anna Górecka jest tłumaczką, autorką publikacji na temat literatury węgierskiej. Andrzej Kopacki pisze o literaturze niemieckojęzycznej, również tłumacz. Trudno dwie poważne postaci nazwać debiutantami. Bardzo ciekawiło mnie, co mogą mieć do powiedzenia, kiedy wejdą w ramy powieści.
   "Dwoje" można chyba nazwać powieścią epistolarną. Czy ktoś jeszcze pamięta o tej formie? O "Les liaisons dangereuses"'- "Niebezpiecznych związkach"? Licealiści i studenci filologii romańskiej z pewnością ;-). No tak, bo kto w dzisiejszych czasach pisze listy...Otóż bohaterowie powieści "Dwoje". Nie piszą do siebie, bynajmniej. Ona wspomina miłość sprzed lat, wydaje się, że ciągle nią żyje. On, na zakręcie życia, w szpitalu spotyka dawnego trenera w śpiączce. To do niego kieruje swoje listy. Spotykają się, a i to za duże słowo, przypadkiem. On zauważa ją przez witrynę jej antykwariatu. Niby nic się nie zmienia, dorośli, dojrzali ludzie, nie ulegają iluzjom zauroczeń, jednak...jego listy zaczynają coraz bardziej opowiadać o kobiecie, ona przestaje wzdychać za dawnym kochankiem, wspomina mężczyznę widzianego przez szybę. Zanim ulegną, napiszą o tym wiele, wiele listów. Te będą najpiękniejsze. 
   Wydaje mi się, że autorzy postawili sobie ogromnie trudne zadanie. Przy pewnie sporym dorobku naukowym, napisać powieść, której główną ścieżką jest zakochanie...Czy się udało? Chyba nie mogło być lepiej. Każde słowo jest tu wyważone, trafione i piękne.  
  Dla samego obcowania z pięknymi zdaniami, to się po prostu bardzo przyjemnie czyta. Historia pięknej, dojrzałej miłości, jakich naprawdę mało w literackich nowościach. Pobudza wyobraźnię słowem, nie tanim chwytem. 
   Bardzo jesienna, albo trochę późno letnia. Z tą książką chce się spędzić noc. Czytałam z uśmiechem, z nostalgią, z rumieńcem. Najlepsze podsumowanie stanowi jednak fakt, że "Dwoje" rozkołysało mnie do tego stopnia, że chyba pierwszy raz w życiu napisałam list. Na zwykłym papierze, nie mail. Taki, który kończył się słowem tęsknię... 

środa, 23 sierpnia 2017

Tego lata w Zawrociu- Hanna Kowalewska

    Przyznaję, nie czytałam wcześniejszego wydania. Czytałam za to późniejsze książki autorki. Kołyszą nostalgią, polskością, brakiem przekoloryzowania. Wydawnictwo Literackie wydało serię na nowo, w pięknej szacie. Po przeczytaniu myślę, że nie ma lepszego czasu na tę książkę, niż późne lato. 
   Matylda dostaje w spadku dworek, Zawrocie, z całym inwentarzem i... tajemniczą historią babki Aleksandry. Nielubiana starsza pani, postrach Zawrocia, babcia, która nigdy nie spotkała swojej wnuczki, w testamencie zapisuje Zawrocie Matyldzie. Nikt nie rozumie jej decyzji, nawet sama spadkobierczyni. Matylda spróbuje rozwiązać zagadkę babki, Zawrocia, kuzyna Pawła i kolejnych, stających na jej drodze czarnych charakterów, ludzi, którzy zrobią wszystko, by ją z Zawrocia wygnać.  
   Moje zamiłowanie do polskich autorów i polskiej wsi latem jest jakby większe. Tym bardziej pod koniec sierpnia, w najbardziej dojrzałej, ciepłej porze. Ulotna chwila i idealna na ten czas lektura. Historię Matyldy, opowiadaną dla babki, z setkami pytań, z zagadkami, które rozwiązuje czytelnik, wcale nie autorka, czyta się jednym tchem. Napisana dawno temu, ciągle aktualna. Pięknie odświeżona. Po lekturze sama zostałam z wieloma pytaniami, przede wszystkim urwanym wątkiem Matyldy i Pawła. Wiem, że jest kontynuacja, czekam na nowe wydanie i wierzę, że historia skręci na odpowiednie tory. 
   "Tego lata w Zawrociu" trzeba przeczytać teraz. Koniec sierpnia, prawie całe wakacje za nami, przed nami jesień, ale do póki spadają pierwsze papierówki, przed śliwkami węgierkami...Wybrałabym się na weekend do babci, na wieś. Ułożyłabym się w hamaku i pobujała jeszcze z "Tego lata...". Polecam, ale przeczytać trzeba już :-). 
   

czwartek, 6 lipca 2017

Czerwień Jarzębin- Katarzyna Michalak

    Prawdę mówiąc jakiś czas temu pożegnałam się z autorką...Czytałam bardzo wiele jej książek i miałam trochę wrażenie, że nic mnie już nie zaskoczy. Ale...potrzebowałam czegoś polskiego, kobiecego, sprawdzonego. Z pomocą, jak wiele razy wcześniej, przyszła pani Kasia :).
   Trzech młodych mężczyzn z naprawdę trudną przeszłością i bagażem doświadczeń, w którego okrucieństwo aż trudno uwierzyć. Trzy przyjaciółki, a w nich przede wszystkim Gabriela. Gabriela, która staje na życiowym zakręcie. Los popycha ją w stronę, jak początkowo myśli czytelnik, rozwiązania spraw z przeszłości. Jednak, co tak bardzo charakterystyczne dla twórczości Michalak, nic nie idzie zgodnie z planem.
   Przeczytałam "Czerwień Jarzębin" niemal w jeden wieczór. Akcja tak często zmienia bieg, że trudno się od niej oderwać. Mnogość bohaterów powoduje, że akcja ani na chwilę nie zwalnia, książka nie jest przegadana.
   To z pewnością nie było moje ostatnie spotkanie z autorką. Przychodzi taki dzień, że nikt nie poprawi mi samopoczucia tak, jak Katarzyna Michalak. Lekka, kobieca. Wakacyjna. To taka książka, którą z chęcią zabrałabym ze sobą nad mazurskie jezioro, albo wakacje na wsi. Tam też, w sielankę, finalnie autorka zawsze mnie przenosi. Do zapamiętania na liście urlopowych lektur! 

czwartek, 29 czerwca 2017

nie chciałam przeszkadzać

   
via pinterest
  Na osiedlu zamieszkałym w znaczniej większości przez ludzi starszych czas płynie trochę inaczej. Nie tylko wolniej, ale też w zupełnie innym rytmie. Dwie starsze panie codziennie wychodzą na spacer o szóstej rano. Inna, o czwartej nad ranem, kiedy mój dzień właśnie dobiega końca, pozdrawia mnie z ławki przed blokiem porannym dzień dobry. Po dziewiętnastej za to ulice zupełnie pustoszeją, z uchylonych okien sączą się dźwięki wiadomości. 
   Mieszkańcy tego osiedla odwiedzają sklepy w zupełnie innych godzinach, niż te, do których przywykliśmy wracając z pracy. Największy ruch w markecie jest zawsze przed południem. Trudno to zresztą nazwać ruchem. Ludzie krążą powoli między regałami, oglądają różne niepotrzebne rzeczy, czasami rozmawiają. Zwalniają przy warzywach. Wybierają pojedyncze cytryny i marchewki, potem, często jeszcze wolniej, podchodzą do wagi. Zdarza się, że pytają mnie o pomoc. Nie wiem dlaczego. 
   Dzisiaj przed południem w sklepie panował normalny harmider, chociaż kolejki do kas były dłuższe niż zwykle. Przede mną stał długi ogonek starszych pań. Słuchałam muzyki, zamknięta w świecie swoich problemów. Nie lubię tych cichych, złych pomrukiwań na długość kolejek, opieszałość pracowników i narzekań na pogodę. Starsza pani przede mną dała mi znać na migi, że podejdzie jeszcze po budyń. Wróciła po chwili, uśmiechnięta. Zdjęłam słuchawki. 
-Tylko tu taki mają, dla wnuków wzięłam- pokazuje na paczkę w koszyku.- Ja przepraszam, nie chciałam pani przeszkadzać. 
-W czym?-pytam. 
-Słuchała pani tam...no, pewnie coś ważnego- pokazała na słuchawki, które zwijałam w dłoniach. 
-Naprawdę?- pomyślałam. Te same piosenki odtwarzane w pętli?  
   Porozmawiałyśmy chwilę, potem spotkałam ją jeszcze w kiosku. Wyszłam stamtąd szybko, niemal ze łzami w oczach. Ta kobieta przypominała moją babcię. Bardzo za nią tęsknię. Czasami, raz na kilka tygodni dzwoni. Kiedy mówię, że przecież może dzwonić w każdej chwili, takim samym tonem jak pani ze sklepu mówi, że nie chciałaby mi przeszkadzać. 

piątek, 23 czerwca 2017

Czarna- Wojciech Kuczok

 
 

      Serię na F/aktach przedstawiałam już jakiś czas temu, przy okazji premiery książki J.L. Wiśniewskiego o historii Andrzeja Zauchy tutaj. To powieści inspirowane autentycznymi wydarzeniami, pisane przez najlepszych polskich autorów. Każda z historii robi ogromne wrażenie, wszystkie są bowiem kwintesencją tego, za co wcześniej doceniono autorów.  
    Wojciecha Kuczoka czytałam pierwszy raz w wieku, chyba, siedemnastu lat. Może nie rozumiałam wszystkiego, wiedziałam natomiast, że mam do czynienia z naprawdę poważną literaturą. Mój powrót do autora, po latach sprawił, że poprzeczkę postawiłam wysoko. 
   Czarna jest małym, bardzo anonimowym miasteczkiem. Maryśka zupełnie nieanonimową nauczycielką z miejscowej szkoły. Mieszka z matką, stara panna. Jeremi jest typowym przedstawicielem wyższej klasy...niższej w małym miasteczku. Ma żonę, dwie córki, które były tylko błędem przy produkcji upragnionego syna. Przede wszystkim ma też pieniądze. Brakuje mu tylko...władzy absolutnej. Władzy i ryzyka, które znajduje w ramionach wygłodniałej Maryśki.  
    Znając serię, nie trudno się domyślić, że na końcu wydarzy się tragedia. Dzieje się, ale nie będę o niej pisała, to popsułoby przyszłym czytelnikom zabawę. 
   Udało mi się na żywo posłuchać interpretacji Kuczoka i wydaje mi się, że patrzę teraz trochę przez pryzmat spotkania, jednak przed nim moje zdanie również było dosyć jednoznaczne. 
    Małe miasteczko, facet, któremu wydaje się, że może wszystko i głodna miłości kobieta. Jednak u Kuczoka portret bohaterów w ogóle nie jest oczywisty. Autor jak sam mówi, nie do końca  rozumie pobudki mężczyzn takich, jak Jeremi, chociaż nie, nie obwinia go.. Jeremi wcale nie odpowiada za tragedię. Nie sympatyzuje też z Maryśką, nie usprawiedliwia jej. Bohaterka wcale nie jest kimś, komu czytelnik współczuje. Jej brak inteligencji emocjonalnej i chora relacja z matką przypomina trochę tę przedstawioną w "Pianistce". Maryśkę trudno lubić. Irytuje. 
   Wpłynęłam w "Czarną" bez reszty. Nie sympatyzowałam z bohaterami, widziałam w nich natomiast własne podwórko. Nie mogłam się od niej oderwać. Uwielbiałam ich podglądać.Jeremiego i Maryśkę.  "Czarna" dotarła do tego zakamarka mnie, w którym chowam przed światem swoją małomiasteczkowość. To tak jak z wyśmiewaniem ludzi, którzy podglądają innych. Szydzimy z nich, a sami ściszamy telewizor słysząc szybszy oddech sąsiada za ścianą.  
   W ogóle się nie zawiodłam, chcę więcej. To właśnie Kuczok działa na mnie w ten inspirujący sposób, że mam ochotę pisać. Albo chociaż przeczytać coś równie dobrego. 

niedziela, 18 czerwca 2017

Moje życie z bardzo dużym psem- Lauren Fern Watt



W nawiązaniu do poprzedniego posta #nasmyczy, zaczynamy podróż po psich książkach. Od tej jednej, która interesowała mnie najbardziej :)
   Gizelle to mastif angielski, którego główna bohaterka i jednocześnie autorka, Lauren, przygarnęła razem ze swoją mamą. Mama Lauren ma problem z alkoholem. To determinuje dorosłe życie Lauren i jej niską decyzyjność. Lauren studiuje, a potem przeprowadza się do Nowego Jorku. Z Gizelle. Swoim siedemdziesięciokilogramowym szczęściem. 
    Historię Lauren i Gizelle napisało życie, trudno zatem polemizować z fabułą. Prawdą jest, że gdyby Lauren przygarnęła jamnika, nie wpłynąłby on na jej życie tak, jak mastif. Im większy pies, tym większa życiowa rewolucja.  
   Każdy, kto na swojej drodze spotkał kiedyś dużego psa wie, że wszystko, co zostało zapisane w tej książce, to najprawdziwsza prawda. Gizelle chodzi za Lauren nawet do toalety. Obserwuje każdy jej ruch, towarzyszy jej dosłownie wszędzie i we wszystkim. Nie ma takiego miejsca, w które nie spróbuje się wepchnąć. Będzie tak długo się kręcić, aż w końcu...zaśnie w wannie :). Pytania na ulicy to też prawda, o siodło i ile to to żre. Pani nie mówi, że takie bydle śpi w łóżku! I co, i że niby nie pożera w całości, tylko boi się reklamówki na wietrze? Niemożliwe... Duży pies to nie tylko więcej karmy i większe posłanie. W jakiś trudny do zrozumienia sposób molosy (mastify i dogi) zmieniają życie nieodwracalnie. Pies, który wielkością dorównuje człowiekowi traktowany jest w inny sposób niż jork. Zmienia życie do tego stopnia, że tak jak matka po urodzeniu dziecka zaczyna o sobie mówić przede wszystkim "mama", właściciele dużych psów, tak jak Lauren, zaczynają przedstawiać się Lauren, mama Gizelle, mastifa angielskiego.
   Bardzo możliwe i autorka w doskonały sposób o tym opowiada. Nic, o czym pisze Fern nie jest przesadzone. Inaczej natomiast patrzy się na to, kiedy...obok leży pięćdziesiąt kilogramów mojego szczęścia :). 
   Niestety, od początku wiadomo, że Gizelle jest chora. To znaczy...że im bardziej wciągnęłam się w historię tym bliżej byłam końca i...nieuchronnego płaczu. Płakałam ostatnie naście stron jak małe dziecko. 
    Okazuje się, że czy w Polsce, czy w Nowym Jorku, życie z bardzo dużym psem jest tak samo...magiczne, niesamowite i trudne. Nie da się tego porównać do niczego innego. Naprawdę, nic nie zmieniło mojego życia w taki sposób, w jaki zmieniła je Bajka. Dog niemiecki (z tych mniejszych, bo po trudnym starcie), lat cztery, pięćdziesiąt kilo, śpi w łóżku. Wiecie, dlaczego Bajka? Bo przez pierwsze pół roku, kiedy weszła w nasze życie dowiedziałam się, co znaczy płakać ze wzruszenia i ze szczęścia. Nie pamiętam, jak to jest wracać do pustego domu. Mam może nieco zaślinioną kuchnię (ok, przy misce stoi permanentna kałuża), 3/4 sypialni zajmuje jej łóżko, kiedy wejdzie do kuchni, nikt się już w niej nie mieści, wszędzie leżą jej zabawki i nawet jeżeli na kanapie siedzi osiem osób, Bajka i tak się tam wciśnie. Ale...nie chcę pamiętać jak było bez niej. Na samą myśl o tym, że kiedyś jej nie będzie...Dzisiaj jest i chociaż wiem, że podobnie jak Lauren poświęcam jej spory kawałek swojego życia, wiem dlaczego to robię. Dla merdania ogonem za każdym razem kiedy wracam do domu (nawet jeżeli poszłam tylko wyrzucić śmieci) i za ten ogromny łeb który właśnie leży na moich kolanach i skutecznie uniemożliwia mi pisanie. 
   Wspaniała książka. Właściciele molosów rozpłyną się, będą się śmiać i płakać. Bardzo dobra dla tych, którzy zastanawiają się nad dużym psem (popatrzcie na podopiecznych fundacji, dogi niemieckie w Fundacja Ratujemy Dogi). I dla tych, którym po prostu los zwierząt nie jest obojętny. Tak bardzo trudno nie wzruszyć się historią Gizelle. 
My :)  

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Książki #nasmyczy


      Zupełnie przypadkiem zgromadziłam niedawno pokaźną kolekcję psich lektur. No dobrze...to nie był przypadek. Mój pies, Bajka, stanowi 3/4 mojej rzeczywistości. Dlatego sięgam po wszystkie psie nowości. Nie wiem, czy to dobrze, ale...Colleen Hoover nie wzrusza mnie tak, jak historie zwierząt. Dlatego też postanowiłam stworzyć specjalny post zbiorczy i tag #nasmyczy, pod którym w najbliższych tygodniach znajdziecie recenzje książek, o których poniżej, ale także historie mojego psa i tych, które w moim życiu w pewnym momencie się pojawiły. Oczekujcie pięknych, wzruszających historii razem z książkami: 

"Jamnikarium"- Agata Tuszyńska 

Kto jest kim w jamniczym świecie?

Co jest esencją JAMNICZOŚCI?

Nieoczywista uroda?
Niezależność, waleczność, nieustępliwość…?
Artystyczna dusza?
O tym jest ta książka… 

źródło opisu: http://www.wydawnictwomg.pl/ 
PS. Wiecie, kiedy jamnik przestanie szczekać? NIGDY.   


Dogoterapia-  Edyta Najbert, Kasper Sipowicz i inni...


Pies domowy – jako naturalny towarzysz człowieka – może pomagać w leczeniu różnych zaburzeń i towarzyszyć w nieszczęściu. Pies-terapeuta może być wsparciem w leczeniu tych zaburzeń, w których elementem obrazu klinicznego jest niepełnosprawność ruchowa, psychiczna lub somatyczna.
W pierwszej naukowej monografii poświęconej dogoterapii Autorzy prześledzili historię kontaktów człowiek–pies oraz społeczny obraz psa w różnych systemach religijnych, filozoficznych i kulturowych. Przedstawili rys historyczny dogoterapii, jej nurty, standardy etyczne obowiązujące dogoterapeutów oraz zasady prawnej ochrony zwierząt. 
źródło opisu: PWN, 2016 

Był sobie pies- W. Bruce Cameron 


Tej książki chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Czeka na mojej półce od dłuższego czasu. Fragment opisu: 
Ta książka w piękny sposób pokazuje, że miłość nie zna granic oraz że nasi najbliżsi zawsze są przy nas. Najważniejsze przesłanie powieści głosi, że każda istota na ziemi urodziła się z misją.
WSZYSTKIE PSY IDĄ DO NIEBA... CHYBA ŻE MAJĄ NIEDOKOŃCZONE SPRAWY NA ZIEMI 

źródło opisu www.wydawnictwokobiece,pl 

Psie sprawki- Joanna Krupa 


Tej pani chyba też nie trzeba nikomu przedstawiać. Ile osób, tyle dla niej...hejtu. W moich oczach bardzo zyskuje ratowaniem zwierzaków. Od wydawcy: 

Joanna Krupa nie potrafi przejść obojętnie wobec psiego nieszczęścia. A jest go wokół nas tak wiele! Każdy pensjonariusz schroniska dla zwierząt to inna dramatyczna historia. W swojej książce Joanna opowiada takie historie i prosi: nie kupuj, adoptuj! To nieprawda, że psiak ze schroniska nie jest glamour! Spójrzcie na te mordki i sami zobaczcie! „Psie sprawki” to zbiór psich historii – do płaczu i śmiechu. A także przewodnik po dobrej psiej adopcji, odpowiadający na wszystkie najważniejsze pytania: gdzie szukać czworonożnego przyjaciela, jak się nim zaopiekować, jak go wychowywać, by jemu było dobrze z nami, a nam – z nim. A na początek test dla przyszłego właściciela: sprawdź, jaki temperament powinien mieć twój pupil! 

Moje życie z bardzo dużym psem- Lauren Fern Watt 


Przeczytałam ją wczoraj, na razie nic nie powiem ale...Moje życie z bardzo dużym psem jest dokładnie takie, jak życie Lauren. Możecie spodziewać się recenzji niebawem :). Od wydawcy: 
Oto Gizelle, angielski mastif, którego Lauren dostała na dziewiętnaste urodziny. Od tej chwili ona i Gizelle, która osiągnęła rozmiar i wagę cielaka, stały się nierozłączne. Mieszkały razem w akademiku, a potem w klitce na Manhattanie. To Gizelle została jej niezawodną przyjaciółką i powiernicą, która umie słuchać, nigdy nie krytykuje i pomaga przetrwać trudne chwile.
Gdy okazuje się, że Gizelle jest ciężko chora, Lauren zabiera ją w ostatnią wspólną podróż. To ma być pasmo atrakcji i przyjemności, ale Lauren dobrze wie, że spełnieniem marzeń każdego psa jest po prostu miłość człowieka. 
źródło: http://www.harpercollins.pl/ksiazka,3510 ,gizelle-moje-zycie-z-bardzo-duzym-psem.html  



Przedstawiam również: 
Figa, jamnik, była z nami od mojego dzieciństwa

Gapcia, jamnik, lat 4, POTWÓR

Bajka, 4 lata, dog niemiecki. Moje 50 kilogramów największego na świecie szczęścia


























Czy dodalibyście coś do mojej listy #nasmyczy? :)  
PS. Nie wiem dlaczego zdjęcia dodają mi się takie malutkie, w edycji są normalne. To błąd, a nie moja estetyka. Ktoś wie dlaczego to tak? 

czwartek, 1 czerwca 2017

Powtórka- Marcel Woźniak

     Marcela możecie pamiętać z biografii Leopolda Tyrmanda, o której tutaj. Liczyłam wtedy na początek pięknej drogi literackiej. Marcel nie kazał czytelnikowi długo czekać. 14 czerwca będzie miała premierę "Powtórka". Tym razem powieściowy debiut.
    Toruń, rok 2016. Leon Brodzki, detektyw, właśnie przeszedł na emeryturę. Przypadkowy człowiek odnajduje w zniczomacie odcięty palec. Policja wpada na trop zbrodni, znajduje ciało młodej dziewczyny. Zbrodnia do złudzenia przypomina tę, od której swoją karierę zaczął Brodzki. W Toruniu zaczyna być naprawdę niebezpiecznie. Policja coraz mniej panuje nad sytuacją, prasa huczy. Cofnięty z emerytury Brodzki staje przed zadaniem znacznie trudniejszym niż przed laty. Morderca nie zawaha się bowiem przed niczym. Czy Leonowi uda się rozwiązać zagadkę? Czy skazani przed laty naprawdę byli winni, czy tak uważał wyłącznie ojciec Brodzkiego? Kto zabił, albo co ważniejsze, kto w tej grze tak naprawdę jest zły, a kto dobry?
    Podobno jeżeli na pierwszej stronie kryminału pojawi się broń, to na ostatniej, choćby nie wiem co, ta broń musi wystrzelić. Tutaj strzeli nie raz. Akcja nabiera tempa od pierwszej strony i...w zasadzie wcale nie zwalnia do ostatniego zdania. Wciąga.
   "Powtórka" jest bardzo surrealistyczna. Nie oznacza to bynajmniej smoków i księżniczek. Raczej bardzo płynną granicę pomiędzy tym co prawdziwe, a złudne. Leon ulega iluzjom, w które czytelnik zostaje wprowadzony do tego stopnia, że trudno mu je oddzielić od faktów. Co więcej, akcja powieści przenika do rzeczywistości czytelnika. Pojawia się auto autora. I sam autor, wprowadzony w bardzo ironiczny sposób.  W książce znajdziecie numer telefonu. Numer spod którego ktoś dzwoni do Brodzkiego istnieje naprawdę. Spróbujcie pod niego zadzwonić.
      Toruń w "Powtórce" to niby to samo miasto, w którym mieszkam od lat jednak...Dzisiaj, po przeczytaniu niemal całej książki przeszłam Starówką. Widziałam to co zwykle. Ratusz, areszt, pana- żywą reklamę z długimi wąsami, skrzypka...Brakowało Brodzkiego. I Heraklita.  Tutaj znana mieszkańcom Torunia codzienność miesza się z fikcją do tego stopnia, że niemal widzi się ją przed sobą.
   Historia Brodzkiego to jednak nie tylko poszukiwanie sprawcy. Brodzki idzie przez życie w pojedynkę. Na własną rękę szuka mordercy, sam wpada w kłopoty, nie zawsze wie, w którą stronę pójść. Jakaś część detektywa tęskni za bliskością byłej żony i córki. W bardzo realny sposób. Nie wiem, czy Brodzkiego da się lubić, z pewnością natomiast da się go zrozumieć.
   Męski, świetnie napisany kryminał. Taki, po którym czytelnik zostaje z czytelniczym kacem. Każde słowo ma tu znaczenie. Naprawdę każde. Kiedy zagadka w końcu zostanie rozwiązana, nie będziecie w stanie uwierzyć, że wcześniej nie zwróciliście uwagi na broń z pierwszej strony.
   Podobno Marcel Woźniak nie czyta kryminałów. Gdybym miała mu jakiś polecić...byłby to z pewnością ten. Historia wypluła mnie przy zakończeniu i na pewno tego tak nie zostawię. Czekam na więcej.

środa, 31 maja 2017

Julita i huśtawki- Hanna Kowalewska

     Po książki Hanny Kowalewskiej sięgam w ciemno. Najczęściej wtedy, kiedy tęsknię za dobrą powieścią i...polską wsią. Taką nieprzekoloryzowaną, piękną w swoich niedoskonałościach. 
     Koli przyjeżdża do małego miasteczka pisać powieść ale przede wszystkim spotykać się z Metką, swoją tajemniczą...kochanką. Koli, narrator historii opowiada przede wszystkim o PRL-owskiej przeszłości mieszkańców. Również Metki i swojej, chociaż jest nieco młodszy od swoich bohaterów. 
    O PRL-u można pisać różnie i mam wrażenie, że wszystkie możliwe podejścia...trochę się już opatrzyły. Trudno jednak zaprzeczyć, że niedawny ustrój, tak odmienny od tego, który zna moje pokolenie, miał niezaprzeczalny wpływ na polską mentalność. Tą generalną, narodową, ale także każdego wychowanego w poprzednim systemie. To w ludziach po prostu...siedzi. I Hanna Kowalewska oddała to idealnie. Bez przesadnego ubarwiania, nie jest to jednak twarda krytyka. Po prostu, bohaterom powieści przyszło żyć w takich czasach, w jakiś sposób sobie z nimi radzili, trochę narzekali. Z drugiej strony, nieświadomie przesiąknęli PRL-em.  
   Historia zakazanej miłości nie jest tu bez znaczenia. Zakazana, to może nie do końca trafne określenie. Jednak w małej miejscowości romans żonatej kobiety z młodszym mężczyzną nigdy nie ujdzie uwadze lokalnej społeczności i chyba jeszcze się nie zdarzyło, by został dobrze odebrany. To dodaje...pikanterii. Ale też takiej normalności. 
   Nie zawiodłam się. Pochodziłam po polach, posłuchałam o PRL-u, którego nie znam tylko w teorii, bo w praktyce wszystkie opowieści, których słuchałam i słucham do dziś, powodują, że prawie wiem, jak to było stać w kolejkach przez całą dobę.  
    Do poczytania podczas wakacji na polskiej wsi. Albo tak jak u mnie, w mieście, w tęsknocie za sielanką, za tym co polskie, bez koloryzowania, ale też nie w czerni i bieli. Może w sepii? Sepia ma swój klimat :). 
    

czwartek, 18 maja 2017

Confess- Colleen Hoover

    Im na rynku więcej young adult, tym...rzadziej po nie sięgam. Wiecie, ile można czytać książki o podobnej fabule. Mam jednak swoich faworytów wśród autorów i na pewno umarłabym, gdybym nie przeczytała kolejnej książki Colleen Hoover. Od "Confess" oczekiwałam sporo. Ostatnia, "Never never" troszkę mnie rozczarowała. Chciałam zatrzeć to wspomnienie.
   Auburn właśnie się przeprowadziła. Coś, o czym czytelnik na razie nie wie, bardzo ją wzburzyło. Potrzebuje pieniędzy na prawnika. Przypadkiem trafia na rozpaczliwe ogłoszenie o pracę w galerii sztuki. Auburn wchodzi nie wiedząc jeszcze, jak bardzo zmieni to jej, już i tak poturbowane życie.
   Galeria sztuki należy do Owena. Artysta maluje obrazy głównie na podstawie wyznań. Na malutkich karteczkach ludzie wyznają Owenowi to, czego najbardziej się wstydzą. Wyznania są anonimowe.
   Banał? Tylko na początku. Życie Auburn i Owena kiedyś już się bowiem połączyło. Oboje natomiast,mimo młodego wieku, niosą ze sobą ogromny bagaż doświadczeń. Doświadczeń, które odbijają się smutnym echem w ich rzeczywistości. To one mogą ich podzielić.
   W środku, w książce jest wkładka z obrazami Owena. W rzeczywistości to dzieła Danny'ego O'Connora. Piękne, zasługujące na osobną pochwałę, doskonale obrazują to, w jaki sposób malować mógłby Owen.
  Wyznania w "Confess" są, jak zapewnia autorka, prawdziwe. Pochodzą od jej czytelników. Niektóre...są naprawdę szokujące.
   Przeczytałam ostatnio "Hopeless" i...w ogóle mnie nie zachwyciło. Po "Confess" rozumiem dlaczego. Colleen Hoover i jej twórczość dojrzała. "Confess" jest bardziej wielowątkowe. Szokuje, ale nie tylko zakończeniem. Akcja kilka razy odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni.
   Auburn i Owen to trochę Bonnie i Clyde. Nic tu nie jest oczywiste, żaden bohater nie jest dobry albo zły. Ich historia, w szczególności ta jej część, którą napisało dla nich życie osobno, jest naprawdę nieprzewidywalna.
  Wspaniała, ciepła. Świeże spojrzenie na young adult, fabuła zaskakuje, trudno się od niej oderwać. Taką Colleen Hoover uwielbiam i po taką sięgnę zawsze!
PS. Do 23 maja w Empiku trwa promocja na wszystkie książki autorki. Informacja tutaj.

piątek, 12 maja 2017

Zapomniany walc- Anne Enright

       Rzadko sięgam po książki o zdradzie. Trudno w nich o inne, świeże spojrzenie. Nawet jeżeli pisane są z perspektywy osoby zdradzającej, nawet jeżeli jest nią kobieta. Często to po prostu autoterapia, próba wytłumaczenia i wnikliwa analiza nie do końca akceptowanego społecznie czynu. Podeszłam do książki ze sporą rezerwą, radar wykrywający usprawiedliwienia ciągle był włączony.
   Główna bohaterka a zarazem pierwszoosobowa narratorka, Gina, wiedzie spokojne życie u boku męża. Nie wiedzie im się nad wyraz dobrze, ale też Gina nie widzi w swoim życiu niczego, co mogłoby jej przeszkadzać. Z drugiej strony nie widzi również nic, co wzbudziłoby większe emocje. Jej życie jest...proste. Do czasu kiedy na jej drodze nie ponownie nie staje Seana.
   Narratorka opowiada historię zdrady w formie retrospekcji, od tyłu, analizując to, co się wtedy wydarzyło (analizując, ale nie oceniając!). Zastanawia się, czy gdyby wtedy na siebie nie wpadli, czy gdyby...I za każdym razem dochodzi do tego samego wniosku. To musiało się wydarzyć.
   Ważną rolę odgrywa tu również córka Seana, Evie. Gina nie do końca rozumie złożoną osobowość dziecka. Ostatecznie, to Evie przejmuje historię.
   Nie wiem kiedy "Zapomniany walc" mnie wciągnął. Doskonale zrozumiałam Ginę. To nie jest świadectwo zdrady, ale kobiety, która od życia oczekuje czegoś więcej i bardzo konsekwentnie do tego dąży.
   Anne Enright stworzyła wielowymiarową postać, na którą złożyła zdradę, ale także trudne relacje z ojcem, siostrą, ekscentryczną matką i przede wszystkim ogromną potrzebę bycia kochanym. Bez psychologizowania, natomiast z ogromną dozą zdrowego rozsądku i nieco czarnego humoru.
    W oryginale tytuły rozdziałów to jednocześnie tytuły piosenek. W polskiej wersji zostały one przetłumaczone. Wydawnictwo pokusiło się o stworzenie z nich playlisty. Do sprawdzenia tutaj.
   Weszłam w tę historię, bardzo. Doskonała powieść o trudnej codzienności. Bez lukru, ale również bez zbędnej brutalności. Piękna.
 
 

poniedziałek, 1 maja 2017

Ludzie i zwierzęta- Antonina Żabińska

     Słyszeliście o filmie "Azyl"? Albo książce o tym samym tytule? Opowiadają one o kobiecie, żonie dyrektora Warszawskiego zoo, która w czasie wojny, razem z mężem, ukrywała w zoo Żydów. Pewnie jakiś hollywoodzki scenarzysta byłby w stanie wymyślić taką historię u nich, w Stanach. Jednak w Polsce...takie opowieści snuło życie. Tutaj życie Antoniny Żabińskiej, która absolutnie nie była postacią fikcyjną. Napisała nawet autobiografię, która to posłużyła później, jako baza do powstania "Azylu".
    "Ludzie i zwierzęta" to zbiór wspomnień, istotniejszych historii, życia Antoniny, jej rodziny i zwierząt z przerażająco realną wojną w tle.
   Czytając autobiografię miałam wrażenie, jakbym... słuchała opowieści mojej babci, Basi. Babcia, podobnie jak pani Żabińska jest z tego pokolenia, które swoje życie, rozwój osobisty, zawodowy, odłożyło na rzecz...przetrwania i pomocy innym. Wojna tak bardzo naznaczyła życie Żabińskich i zoo.
   To nie jest łzawa powieść, ale trudna historia napisana z oddaniem i klasą. Antonina Żabińska przekazuje czytelnikowi historię jednego, niesamowitego istnienia, z własną osobą w tle. To przede wszystkim świadectwo wojny i życia zoo, które tylko z pozoru w czasie wojny miało być skazane na klęskę.
   Wzrusza. Mnie za każdym razem, kiedy wojna odbijała się...na zwierzętach. Naturalnie, dramat ludzki jest głęboko przejmujący, ale rzadko zwraca się uwagę na to, co działo się ze wszystkim tym, co żywe. Tym bardziej w zoo, w centrum miasta.
   Ale i...daje nadzieje. I inspiruje. Do działania, do pochylenia głowy, nauki pokory. Mnie przede wszystkim jednak skłoniła do zastanowienia nad tym, że wojennych wspomnień będzie między nami...coraz mniej. Szkoda, bo tamte wydarzenia są nie tylko obrazem klęski i okrucieństwa, ale także heroizmu i postaw, o których moje pokolenie nawet w książkach już nie czyta...Szkoda. Piękna lektura.
 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Córeczka- Anna Snoekstra

      Zanim zabrałam się do tej recenzji, potrzebowałam dłużej chwili na odreagowanie po "Córeczce". Zakończenie...ale od początku :).
   Rebeca zaginęła wiele lat temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Młoda, żyjąca na ulicy kobieta zostaje złapana na kradzieży w supermarkecie. Łudząco przypomina zaginioną przed laty Rebekę. Postanawia to wykorzystać. Z wyrachowaniem i zimną krwią wchodzi do cudzej rodziny, śpi w łóżku Rebeki, spotyka się z jej znajomymi. W tej rozgrywce jednak, nie tylko ona jest przebiegła i przede wszystkim, nie tylko ona ma coś na sumieniu. Szybko okaże się, że z pozoru sielankowy portret rodziny, skrywa mroczny sekret.
   Główna bohaterka jest..zła. To znaczy, autorka od początku kreuje ją na złą postać. I jakby się mogło wydawać jedyne zło w tej książce. Jednak czytelnik bardzo szybko domyśli się, że z rodziną Rebeki coś jest nie tak. Zagadka rozwiąże się na ostatnich stronach i...tego się nie spodziewacie. Ja też się tego nie spodziewałam. Moja stroniąca od przemocy i horrorów natura została nieźle poturbowana. Dlatego też dałam sobie czas na odreagowanie, zanim napisałam cokolwiek o "Córeczce". Od razu po lekturze moja opinia byłaby z pewnością inna. Myślałam wtedy, że takie książki powinny mieć jakiś znaczek, jak filmy dla dorosłych, +16, +tylko dla osób o mocnych nerwach. Żartuję, nie było AŻ tak. Ale było mocno. Gdyby nie fakt, że naruszyło to moją barierę brutalności, to "Córeczka" jest świetnym thrillerem. Tajemnicza, nieco dziwna historia wciąga, trudno jest się od niej oderwać, a zakończenie...zostawia czytelnika z na wpół otwartymi ustami. Naprawdę.
    Bardzo dobra. Do przeczytania w jeden wieczór, jak obejrzenie horroru. Osobom wrażliwym polecam jednak, żeby przy ostatnich scenach...zamknęły oczy :D, albo chociaż nie były same. Wachlarz emocji, wciąga i wypluwa czytelnika na ostatniej stronie.
 

piątek, 31 marca 2017

Fantastyczne zwierzęta i...co planuje J.K. Rowling

    Czekałam na polskie tłumaczenie tej książki bardzo. Kiedy w końcu wpadła w moje ręce cieszyłam się jak dziecko (mniej więcej tak, jak wtedy, kiedy wiele lat temu rodzice przynieśli mi i mojej siostrze Harry'ego). Tak bardzo chciałam ją przeczytać, że...zajęło mi to jeden wieczór. I żałuję. Między innymi tego, że skończyłam ją tak szybko.
    W zeszłym roku powstał film- Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Film inspirowany był życiem fikcyjnego bohatera, Skamandera, który napisał podręcznik Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Z podręcznika uczył się Harry i jego przyjaciele. Teraz J.K. Rowling postawiła cofnąć się do lat 20 XX wieku i opowiedzieć historię Skamandera, ale również magicznego świata, który wtedy zmagał się z problemami podobnymi do tych, których przysporzył czarodziejom Voldemort.
  Nie przybliżę akcji filmu, zachęcam do obejrzenia. Trzyma poziom "Harry'ego" zarówno akcja, jak i efekty, muzyka (!)
   Książkoholikowi zostawia jednak pewien niedosyt. Gdzie powieść? Niestety... nie ma. Ale jest scenariusz. I to jaki!
   Ta książka jest po prostu piękna. W dobie gazetowego papieru i masowego druku...Ten scenariusz powinien zająć szczególne miejsce na Waszej półce, na mojej na pewno zajmie. Mało tego, jest ilustrowana. Ilustracje są równie piękne jak okładka, wszystko natomiast utrzymane w tej samej konwencji co Harry.
   Widziałam film, wiedziałam zatem co się wydarzy. Mimo to czytałam z ogromną przyjemnością. Ogromną. Widziałam Newta (ok, troszkę Eddiego Redmayne'a), Quinnie i Jacoba. I najwspanialszą scenę w walizce, kiedy Newt pokazuje Jacobowi swoich podopiecznych.
   Dla każdego, kto jak ja wychował się na Harry'm, podziwia kunszt i geniusz Rowling i uwielbia piękne książki. To doskonale napisana historia, bardzo dobry scenariusz. Wspaniale jest po raz kolejny wejść do tego świata. Ciągle myślę, że on istnieje, jest gdzieś, równolegle. Gdybym mogła, osobiście podziękowałabym J.K.Rowling.
  Co więcej. Historia Skamandera wcale się nie kończy. Powstaje kolejna część, której akcja rozgrywać się będzie w Paryżu. Film wejdzie na ekrany jesienią 2018. W rolę Newta ponownie wcieli się Eddie Redmayne. Wspaniale, że Rowling zdecydowała się rozpocząć kolejną historię. Szkoda tylko, że nieco...od tyłu. Wolałabym najpierw przeczytać powieść, potem obejrzeć film. Co nie zmienia faktu, że sięgnę po każdy kolejny scenariusz. Z nieukrywaną przyjemnością.

wtorek, 28 marca 2017

Merde w Europie- Stephen Clarke

    Franc. merde, oznacza nie więcej niż angielskie fuck, albo nasze...kurwa. Nie trzeba jednak studiować etymologii tych słów, by wiedzieć, że każde w swoim języku ma nieco inny zakres i zabarwienie. Jeszcze większy zakres znaczeniowy ma u Stephena Clarke u  którego merde to...sposób na życie. Albo co najmniej na książki.  
   To kolejna książka z tej serii, najpierw merde było w Paryżu, potem chodziło po ludziach, było faktorem. Teraz wylądowało w stolicy Europy, ściślej biorąc Unii Europejskiej, Brukseli.  
    Główny bohater, na prośbę swojej byłej dziewczyny, Francuzki (narodowości są tu niezwykle ważne), przyjeżdża do Brukseli pisać na temat języków regionalnych we Francji. To jednak tylko oficjalna wersja. W rzeczywistości jednak, jego zadanie będzie znacznie trudniejsze. Akcja powieści dzieje się w 2016 na kilka tygodni przed Brexitem. Francuzom zależy, żeby Wielka Brytania została w UE. Francuska europosłanka ma pewien plan. Wie, jak wpłynąć na wynik referendum. Wie też, kto może to zrobić. Paul naturalnie. 
   Każdy, kto wcześniej spotkał się ze Stephenem Clarke'iem wie, czego się spodziewać (i na pewno się nie zawiedzie). To kwintesencja angielskiego humoru, wyśmiewającego Francuzów, a tutaj drwiącego w zasadzie z całej Europy i unijnej mekki, Brukseli. 
   Dzisiaj, kiedy znamy wynik referendum, czyta się to nieco inaczej. Nadal uważam jednak, że każdy, kto choć trochę śledzi to, co dzieje się na świecie, potrzebuje spojrzeć na to w nieco lżejszy sposób. Clarke jest do tego idealny. Historia jest wciągająca, piękna w tym miejskim sensie, w którym autor zabiera nas na spacer po Brukseli. Przede wszystkim chodzi jednak o humor. To nie jest żałosne i wymuszone silenie się autora na coś zabawnego. To po prostu jest śmieszne. Rzadko śmieję się przy lekturze. Tutaj, podczas czytania wierszy przyjaciela Paula- śmiałam się w głos. 
   Świeża, interesująca historia i chociaż fikcyjna, niepokojąco przypomina rzeczywistość. Chce się więcej! 
   

poniedziałek, 13 marca 2017

Kobieta znikąd- Mary Kubica

    
    
   Moje pierwsze spotkanie z Mary Kubicą. Dlatego też, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Miałam ochotę na psychologicznie miażdżący thriller. Co z tego wyszło? 
   Współlokatorka po sobotniej nocy w klubie nie znajduje swojej koleżanki, Esther w jej pokoju. Początkowo nie wzbudza to w niej podejrzeń, jednak mijają godziny a Esther nie wraca. Quinn zaczyna domowe śledztwo, przegląda jej rzeczy. To, co w nich znajduje zupełnie nie odpowiada obrazowi Esther, który miała do tej pory. Zaczyna obawiać się nie tyle o zaginioną przyjaciółkę, co o własne życie. 
   W tym samym czasie w pewnym małym mieście pojawia się młoda dziewczyna. Mieszkającego tam Alexa wyraźnie fascynuje tajemnicza nieznajoma. Wiedzie przy tym jednak zupełnie normalne życie. Zaczyna jednak zauważać rzeczy, które wcześniej nigdy nie miały miejsca. Początkowo nie widzi w nieznajomej i jej dziwacznych zachowaniach nic nadzwyczajnego. Do czasu. 
   Z pewnością nie tego się spodziewałam. Historia początkowo nie mrozi krwi w żyłach, raczej lekko kołysze, nie zajmuje całego umysłu, może nawet nieco nudzi. Czytałam bez większego zaangażowania. Aż to pewnego momentu, gdzieś bliżej końca. Coraz więcej faktów staje się jasnych i nic, naprawdę nic, co początkowo wydawało się oczywiste, wcale się nie sprawdza. 
   Zakończenie stawia wszystkie postaci i wcześniejsze domysły w zupełnie innym świetle. Z pewnością mnie zaskoczyło. Historia zatacza bardzo dziwne koło. 
   To thriller psychologiczny, z ogromnym naciskiem na psychologiczny. Portret każdej z postaci jest bardzo złożony, a finalnie okazuje się wcale nie być taki oczywisty. Czytelnik nie ma najmniejszej szansy domyślić się, czy Esther tak naprawdę jest zła, czy dobra. Mary Kubica świetnie manipuluje czytelniczą naiwnością. W obliczu zakończenia każde poprzednie wydarzenie nabiera innego znaczenia i pozostawia czytelnika w lekkim szoku. 
   Z pewnością sięgnę po inne książki autorki. Wykorzystuje słowo w najlepszy z możliwych sposobów, igra z czytelnikiem. Bardzo podoba mi się ta gra. 

poniedziałek, 6 marca 2017

Współczesna bogini- Roxana Bowgen

     Istnieje pewna teoria na temat tego, ilu osobom pomagają poradniki. Na każdy poradnik przypada jedna osoba, której ten pomógł. Autor ;). Co jakiś czas potrzebuję sprawdzić, czy to prawa. Tym bardziej, że "Współczesna bogini" to nie do końca klasyczny poradnik.
   Autorka, jak sama pisze, zbierała materiały do napisania książki niemal przez całe życie. To połączenie jej historii z wyznaczoną przez nią drogą do jej własnych wniosków i pokazaniem, w którym miejscu czytelniczka powinna zastanowić się nad własnymi. Dosłownie, bo pod koniec każdego rozdziału autorka podsuwa zestaw pytań, jest nawet miejsce na odpowiedź.
  "Współczesna bogini" została podzielona na rozdziały- etapy życia autorki, o których opowiada w sposób charakterystyczny dla osób, które wiedzą,że każda rzecz w ich życiu wydarzyła się po coś. To zresztą próbuje czytelnikowi przekazać. Ale nie tylko. W niewymuszony, nienachalny (w przeciwieństwie do większości poradników) autorka przekazuje, jak wyjść ze swojej strefy komfortu i jak dużo człowiek jest w stanie znieść, znacznie więcej niż mu się wydaje.
   Nie zgadzam się z teorią, o której na początku. Z pewnością, w tym wypadku również, dla autora napisanie książki jest formą autoterapii. Nie oznacza to jednak, że poradnik nie wnosi niczego do życia czytelnika. Wnosi. Albo raczej ma szansę wnieść, kiedy trafi na podatny grunt. Podobnie jak mowy motywacyjne, jednych wzruszają do łez, dla innych to zawracanie głowy. Tak i tutaj, zdarza się, z pewnością nie rzadko, że właśnie ten poradnik, przeczytany w odpowiednim momencie życia, ze zrozumieniem i zaangażowaniem, pokaże czytelnikowi właściwą drogę i ma szansę wpłynąć na jego życie. "Współczesna bogini" z pewnością spełnia wszystkie kryteria, by stać się dla kogoś poradą i inspiracją. Tym bardziej, że to książka bardzo aktywizująca. Trzeba tylko otworzyć umysł.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Eksplozje- Janusz Leon Wiśniewski i inni

      Rok temu Wielka Litera wydała "Kulminacje" (moja recenzja), spotkanie opowiadań Wiśniewskiego z polskimi autorkami. W tym roku przyszedł czas na autorów.
   "Eksplozje", to podobnie jak "Kulminacje" zbiór opowiadań. Na każde opowiadanie Janusza Wiśniewskiego przypada jedno innego autora, między innymi poczytnego Alka Rogozińskiego, Tomasza Jastruna, czy A.J. Gabryela ("Kusiciel"). Ich opowiadania są odpowiedziami, kontynuacją, lub po prostu luźnym nawiązaniem do poprzedzających je opowiadań Wiśniewskiego.
   Wspaniale było mi przypomnieć sobie dawno przeczytane opowiadania Wiśniewskiego. Ciągle uważam, że żaden polski autor nie opowiada o kobiecie w taki sposób. Opowiadanie, z samej swojej definicji jest krótkie, kołyszące i zaskakuje pointą. O tyle, o ile Wiśniewski dawno już opanował tę sztukę do perfekcji, o tyle autorzy powieści, często luźno związanych z tematem relacji kobieta- mężczyzna, emocjami i uczuciami, mięli dużo trudniejsze zadanie. Tym bardziej, że ich opowiadania miały się w pewien sposób łączyć z tymi napisanymi przez Wiśniewskiego. Co z tego wyszło?
   Coś wspaniałego. Po prostu. Żaden z autorów nie dał się ponieść klimatowi i stylowi swojego przedmówcy, pozostając w stylistyce charakterystycznej dla samego siebie, łącząc jednak swoją historię ze wcześniejszym opowiadaniem.
   Opowiadanie Igora Brejdyganta zrobiło na mnie wrażenie. Postać ojca z "Syndromu przekleństwa Undine" aż prosił się o dopuszczenie do głosu. Odpowiedź Alka Rogozińskiego bardzo mnie zaskoczyła. Przyjemnie ukołysał mnie Tomasz Jastrun.  Najtrudniejsze jednak, moim zdaniem zadanie, otrzymał Ahsan Ridha Hassan, z opowiadaniem o żonie niemieckiego ministra propagandy, Goebbelsa. Minęło bardzo dużo czasu, pewne sprawy z drugiej wojny na zawsze pozostaną jednak nierozwiązane i niezrozumiane. Trudno też opowiedzieć to w ten sposób, żeby nie obrazić, delikatnego w tej materii czytelnika Polaka. A.R.Hassan w ogóle nie ukrywa, że on sam ma ambiwalentne odczucia względem Magdy Goebbels. Ta historia, pierwsza Wiśniewskiego i kontynuacja, poruszyła mną chyba najbardziej. Tym niemniej, wszyscy autorzy zasługują na gratulacje.
   "Eksplozje" to cała paleta emocji. Nie da się przeczytać ich za jednym zamachem. Po każdym opowiadaniu potrzebowałam chwili na oddech. I za każdym razem, kiedy czytałam odpowiedź, miałam poczucie, że autor doskonale podszedł do problemu i świetnie wybrnął z emocjonalnie zawiłych historii Janusza Leona Wiśniewskiego. Zastanawiam się...Czego możemy się spodziewać w przyszłym roku?