Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 października 2021

W drogę- Beth O'Leary

 
    Autorka bestsellerowych "Współlokatorów" powraca z kolejną powieścią. Poprzeczka postawiona wysoko, niestety "Zmiana" tej samej autorki nieco mnie rozczarowała. Nie porzuciłam jednak miłości do autorki i...słusznie, bo "W drogę" ponownie rozpaliło moje czytelnicze zmysły. 



    Dwie siostry wyjeżdżają na wesele przyjaciółki. Na samym początku drogi ulegają niegroźnej stłuczce. Nieszczęśliwie, w samochodzie, który w nie uderza znajduje się były Abbie. Szybko podejmują decyzję, że skoro jadą na tę samą imprezę, pojadą wszyscy jednym autem. Wtedy się zaczyna... Seria niefortunnych zdarzeń, niechybnie prowadzących do jednego... 

    Charakterologiczna mieszanka wybuchowa w jednym malutkim samochodzie. Wszyscy bohaterowie znają się od dawna, ale do momentu stłuczki z pewnością nigdy nie sądzili, że wytrzymają ze sobą na tak niewielkiej przestrzeni. Czytelnik z jednej strony obserwuje pełną przygód i kłótni podróż, z drugiej zaś przeszłość, w której pomiędzy głównymi bohaterami rodzi się miłość. Wydaje się jednak, że teraz, po burzliwym rozstaniu i obnażeniu różnych cech charakteru, nie będą w stanie pogodzić się nawet na tyle, żeby w spokoju odbyć podróż. 

    Pełna przygód, zabawnych historii ale przede wszystkim przekazu, w jaki sposób miłość może nie przeżyć zaborczej przyjaźni i... szarej codzienności, w której obnażają się ludzkie lęki, trudności. 

    Zabawna, wciągająca w ten sam sposób, co "Współlokatorzy" i przede wszystkim zakończenie... romantycznie wzruszające. Bardzo realistyczni bohaterowie, ze swoimi obawami, złością, a z drugiej strony miłość romantyczna, piękna, która wszystko przezwycięża. Beth O'Leary kolejny raz napisała powieść, od której trudno się oderwać. Czytałam wszędzie, aż do cudownego zakończenia. 

czwartek, 30 września 2021

Zaproś mnie na pumpkin latte- Anna Chaber


     "Zaproś mnie na pumpkin latte" to debiutancka powieść Anny Chaber, która wygrała konkurs Czwartej Strony na jesienną historię. Po boomie na świąteczne historie nadszedł czas na jesienne. Tendencja do tworzenia sezonowych historii bardzo mi się podoba. Dlatego, zanim jesień na dobre się rozkręciła, wciągnęłam wełniane skarpety i rzuciłam się na tę książkę. 

    Główna bohaterka jest singielką pracującą w wymagającej korpo, w której od lat czeka na awans. Po pracy zagląda do sieciowej kawiarni, w której pracuje Greg. Ich losy splatają się, w pięknych jesiennych okolicznościach. 

    Jesienny klimat w tej historii jest na niemal każdej stronie. Nie jest jednak nachalny, przesadzony, a przyjemnie cieplutki i przytulny. Są myszy, pchające się na zimę do domu, dyniowe pole, a przede wszystkim ogromne ilości kawy. Tej dyniowej i czarnego espresso. 

    Rozwijające się pomiędzy głównymi bohaterami uczucie, ale też mnogość pobocznych, takich zwykłych, codziennych spowodowała, że nie chciałam odkładać tej książki, aż do ostatniej strony. 

    Jest jak przedsmak do zimowych powieści obyczajowych, preludium, przepiękna uwertura. Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanek powieści świątecznych. Co więcej, to debiut, na który naprawdę warto zwrócić uwagę. Gratuluję autorce wygrania konkursu i przepięknej historii. Z przyjemnością będę obserwować dalszą pisarską drogę Anny Chaber. 

poniedziałek, 26 października 2020

Poza mną- Bianca Okońska

 
    Na tę książkę czekałam, razem z całym czytelniczym instagramem, od dawna. Śledziłam proces jej powstawania, szczerze podziwiając autorkę za determinację i konsekwencję w swojej pracy. Natomiast za każdym razem, kiedy czytałam, o czym będzie książka, zupełnie nie potrafiłam jej sobie wyobrazić. 

    Główna bohaterka jest psychoterapeutką. W gabinecie pomaga ludziom. Poza nim natomiast, toczy wewnętrzną walkę ze swoimi demonami. Jakkolwiek, brzmi to dosyć strasznie, te demony, to przeszłość, nieujarzmiony obraz nastoletniej siebie, czy w końcu były mąż. 

    Ogromnie trudno jest mi streszczać fabułę i po przeczytaniu "Poza mną" doskonale rozumiem, dlaczego tak trudno było mi zwizualizować o czym jest ta powieść. To nie jest bowiem, w moim odczuciu, książka do czytania, a do przeżywania. Tę historię się czuje, odbiera wszystkimi zmysłami, nie tylko na poziomie poznawczym analizując tekst. Nie da się jej, tym samym przeczytać w jeden wieczór. Pozwoliłam sobie na długie przeżywanie jej i myślę, że jest to ten rodzaj literatury, którego bez tego, bez czucia, nie da się po prostu dobrze zrozumieć. 

    Nie chciałabym natomiast zbyt mocno wchodzić w interpretację samej treści. Wydaje mi się, że interpretacja zależeć będzie od indywidualnych doświadczeń czytelnika, a przez to, gdybym chciała opowiedzieć tu, w jaki sposób do mnie trafiają słowa autorki, musiałabym nieco się obnażyć. To nie czas i miejsce...;-) 

    Intymna, przepiękna podróż do wnętrza kobiecej psychiki. Anatomia ewoluującego uczucia do siebie, do mężczyzn, do świata. "Poza mną" jest literaturą piękną w najczystszej postaci. Bianco, gratuluję i podziwiam.  



wtorek, 17 września 2019

Perfekcyjna żona- JP Delaney

     JP Delaney w Polsce największą sławę zyskał dzięki bestsellerowemu thrillerowi "Lokatorka". Dziwna, osadzona w nowoczesnej rzeczywistości historia wciągnęła mnie od pierwszej strony i niejednokrotnie zaskoczyła. Bez wahania sięgnęłam po "Perfekcyjną żonę" licząc na równie emocjonującą historię. 
    Tim jest właścicielem firmy produkującej roboty. Wizjoner, przed którym informatyka nie ma tajemnic. Jego żona ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Pozostający sam z synem, cierpiącym na autyzm Tim tworzy cobota. Robota, który jest kopią Abbie, jego żony. Nie tylko wygląda jak ona, ma także jej wspomnienia i osobowość. 
    Pierwsze zaskoczenie to Abbie- robot. Zupełnie nie spodziewałam  się, że narratorem historii będzie maszyna. Początek, kiedy czytelnik ją poznaje, wydawał mi się nieco...odrażający, nie tyle nierealny co dziwny. Abbie prowadzi bardzo dziwną narrację, bo w drugiej osobie. Niemal cała książka napisana jest w ten sposób, naturalnie pod koniec okazuje się dlaczego. To ma znaczenie. 
    Nie wiem, czy to celowy zabieg, ale w "Perfekcyjnej żonie" kolejne rozdziały są bardzo krótkie. Przez to, że koniec rozdziału to za każdym razem ujawnienie informacji, przez którą nie sposób odłożyć książkę bez zaglądania do kolejnego, "Perfekcyjna żona" jest praktycznie...nieodkładalna ;-). 
    Bardzo istotną rolę, jak się okazuje w posłowiu i w moim odczuciu najważniejszą w tej książce, pełni Danny, autystyczny syn Abbie i Tima. Danny poddawany jest terapii SAZ. To stosowana analiza behawioralna, która rzeczywiście wykorzystywana jest do pracy między innymi ze schizofrenią i autyzmem. Danny jest oduczany nieodpowiednich zachowań za pomocą karzącej zależności. Pozbawione emocjonalności karanie dziecka za niechciane zachowania nie podoba się Abbie. Kontrowersyjne w tej historii, jest rzeczywiście wykorzystywane. Nie mogę zdradzić więcej, polecam jedynie przeczytać posłowie. 
    Zupełnie nie spodziewałam się takiej historii, w której główną postacią i najważniejszym wątkiem, będzie robot. W pewnym momencie jednak jego istnienie wydawało mi się realne i całkiem uzasadnione. Jednak w przeciwieństwie do "Lokatorki", w "Perfekcyjnej żonie" jest bardzo niewiele dramatycznych zwrotów akcji. Historia mknie do przodu w szybkim tempie, nie jest przewidywalna ale też w żadnym momencie (poza zakończeniem) nie przewraca wszystkiego do góry nogami. 
    Nowoczesna, mam wrażenie, że to odkrywczy sposób pisania thrillera. Nieprzewidywalna, ale nie straszna. Za to momentami odrażająca tak, jak odrażające może być istnienie robota z osobowością. To co zostaje jednak ze mną na dłużej to postać Danny'ego, jego relacja z matką i ogrom trudności, z jakimi muszą się zmierzyć rodzice dzieci z autyzmem. Ostatni rozdział przez to nie jest straszny. Jest piękny i wzruszający. 
    

sobota, 7 września 2019

Zjazd absolwentów- Guillaume Musso

      Odkąd swego czasu podkradłam mojej ówczesnej współlokatorce (Milenko :-)) "Telefon do anioła", na bieżąco śledzę nowe historie Musso. Nie podchodzę do nich jednak bezkrytycznie, bo niektóre ("Dziewczyna z Brooklynu") rozczarowują. To nie zmienia jednak mojego nastawienia i ekscytacji, kiedy pojawia się tłumaczenie najnowszej powieści. 
    Thomas wraca na zjazd absolwentów swojej szkoły średniej. Na miejscu zostaną odkopane demony z przeszłości. I to dosłownie, bo naście lat wstecz w ścianie budynku zostało zamurowane ciało. Teraz wszystko wyjdzie na jaw. 
    Historia Thomasa to opowieść o poszukiwaniu zaginionej wiele lat wcześniej licealnej miłości. Vinca pewnego dnia po prostu zniknęła. Wraz ze zjazdem absolwentów wrócą także wspomnienia koszmaru i pytania, na które Thomas przez całe swoje dorosłe życie nie znalazł odpowiedzi. 
    Książki Musso kojarzą mi się z takim połączeniem thrillera, kryminału i romansu, które zawsze zaskakują zakończeniem. Z "Zjazdem absolwentów" nie było inaczej. Spodziewałam się bardziej romansu, tutaj jednak historia jest nieco bardziej kryminalna. W rzeczywistości mam wrażenie, że cała książka to trochę śledztwo Thomasa, czyli...kryminał ;-). Główny bohater jest pisarzem, dlatego jego prywatne śledztwo jest bardzo emocjonalne, co więcej, odkryje prawdy, których czytelnik zupełnie się nie spodziewa, a które mają sporą szansę złamać Thomasa. 
     "Zjazd absolwentów" zaskakuje. Zupełnie nie spodziewałam się zakończenia, ale też koniec książki to wiele bardzo dramatycznych zwrotów akcji. Mało tu miłości, bardzo dużo natomiast zagadek, tajemnic i Francji takiej, jaką najlepiej kreuje Musso. Nie przekoloryzowanej ale pięknej, takiej, za którą się tęskni, jak za wakacjami. 
     Trudno się od niej oderwać i...nie warto, bo najlepiej smakuje pod koniec. Nie muszę chyba dodawać, że czekam na kolejne...;-) 

wtorek, 9 października 2018

Trwaj przy mnie- Elizabeth Strout

     Małe miasteczko Nowej Anglii, którego życie kręci się wokół sensacji. Ostatnio jego największą bolączką jest pastor Caskey. Młody człowiek, po śmierci żony próbuje od nowa nauczyć się normalnie funkcjonować. Pod bacznym okiem mieszkańców z całego miasta, nieświadomy pastor popełni wiele błędów. Błędów, za które miejscowi wymierzą mu później bardzo srogą karę. 
    Bardzo lubię książki Elizabeth Strout, chyba bez wyjątku. Są przyjemne, takie nieśpieszne. Chociaż nigdy nie są łatwe. 
   Trudno mi było wejść w tę historię. Poprzednia wydana przez Wielką Literę książka autorki, "Amy i Isabelle" wciągnęła mnie bez reszty. Natomiast historia pastora była początkowo jakaś...Caskey wydawał mi się kompletnie bez charakteru. Denerwowało mnie, że nie reaguje na to, co dzieje się z jego dzieckiem. Jedną z jego córek po śmierci żony zabiera matka, druga, Katherine, zostaje z ojcem. Ale jest dzieckiem trudnym. Po stracie mamy dziewczyna zupełnie się w sobie zamyka, przestaje mówić, bywa...dziwna. Przedszkolanki nie do końca wiedzą, jak się nią opiekować, analizują zachowanie, a nie jego przyczynę. I we wszystkim widzą winę Caskey'a. Próbują też poddawać dziecko psychoanalizie, która w owym czasie dopiero raczkuje. Oczywistym jest, ile obecna psychologia zawdzięcza Freudowi, jednak dzisiaj do pewnych kwestii podchodzi się troszkę inaczej. Spotkanie, podczas którego psycholog tłumaczy pastorowi co dzieje się z jego córką, że tak naprawdę zazdrości ojcu penisa...Spróbujcie powiedzieć to komuś, kto nigdy nie słyszał nie tylko o psychoanalizie, ale samą raczkującą psychologię uważa za szarlataństwo... 
    Wszystko, co tutaj się dzieje nabrało dla mnie sensu dopiero po lekturze. To przecież książka o...żałobie. W zasadzie o blokowanej, nieprzeżytej żałobie i o tym, jak trudno jest być sobą, kiedy jest się poddawanym ciągłej ocenie. Wydaje mi się, że bohater również dojrzewa do przeżycia swojej żałoby, do zrozumienia żałoby swojej córki, Katherine. Tak wiele rzeczy dzieje się tu z niewiedzy, braku świadomości. Wtedy jednak ludzie brali rzeczywistość taką, jaka była, nie zaglądali głębiej. 
   "Trwaj przy mnie" jest trudne. Ciężko się ją czyta, we mnie budziła złość, do czasu, kiedy sprawy nieco się wyjaśniły, autorka podała pomocną dłoń pastorowi, Katherine w końcu się odezwała. 
   Należy przeczytać ją całą. I dopiero po przeczytaniu wyciągać wnioski. Wtedy wszystko nabiera sensu, a książka chociaż trudna, wydaje się piękna. 
    

niedziela, 17 września 2017

Słodkie sekrety- Sally Hepworth

   "Słodkie sekrety" czekały w zasadzie całe wakacje na przeczytanie. Być może dobrze się stało, bo wakacje spędziłam w biegu, a wydaje mi się, że trudno wyciągnąć cokolwiek z tej historii, jeżeli nie poświęci jej się odpowiedniego czasu. Czytanie z doskoku w tym przypadku nie wchodzi w grę. Skupiamy się wtedy na biegu wydarzeń, nie widzimy tego, nad czym autor napracował się znacznie bardziej. Ale od początku. 
   Neva, Grace i Foss. Córka, matka i babka. W tej właśnie kolejności. Każda z nich pracuje, albo pracowała jako położna. Foss w Anglii, w czasach, w których porody przyjmowały pokolenia kobiet w domach. Grace, która odżegnuje się od szpitali i lekarzy. Uważa ich za szowinistów, którzy położne traktują z góry. Trudno jej pogodzić się z faktem, iż Neva pracuje w szpitalu właśnie. 
   Każda z kobiet skrywa pewien sekret. Neva jest w ciąży, nikomu jednak nie chce powiedzieć, kto jest ojcem dziecka. Hipiska Grace po kryjomu odbiera porody. Foss wiele lat temu wyjechała z Anglii, gdzie podobno zmarł ojciec Grace. Historia narodzin Grace jest jednak zupełnie inna.  
   Trzy kobiece tajemnice, które wspólnie tworzą ciekawą fabułę. Autorka odkrywa karty wszystkich historii bardzo powoli, przeplatając je z teraźniejszymi wydarzeniami. Wydaje mi się jednak, że to nie akcja tej książki zachwyca czytelnika. Trudno powiedzieć, czy historia jest przewidywalna. Nie do końca. Jednak to, co naprawdę spowodowało, że pomyślałam o "Słodkich sekretach", że tak, chcę je polecić, to...kobiecość tej książki. Morał jest taki, że nic nie liczy się w życiu bardziej, niż otaczający nas ludzie. Matka, babka, córka. Nieważne, czy łączą je więzy krwi. Ważne, że są blisko. Przyznaję, spodziewałam się historii miłosnej. Nie myślałam jednak, że będzie to historia kobiecej miłości. Miłości wielowymiarowej, wystawianej na wiele prób. Nie oznacza to, że utopijnej. Bynajmniej.  
   Kwintesencja literatury kobiecej. Nie dla bab. "Słodkie sekrety" to opowieść, o której chce się powiedzieć mamie, siostrze. Taka, przy której przypomniałam sobie, jak ogromną siłę noszą w sobie kobiety, matki, przyjaciółki. Przekazana w bardzo niebanalny sposób, bez zbędnych podsumować i ubarwiania. Wzrusza historiami porodów, ale przede wszystkim pokazuje siłę. Siłę kobiety, która przynosi na świat nowe życie i tych kobiet, które trzymają ją wtedy za rękę. To one stanowią największą moc. Zamierzam przekazać "Słodkie sekrety" mojej mamie. Może ona poleci ją potem swojej? 
   

wtorek, 18 października 2016

Jeszcze jeden oddech- Paul Kalanithi

    Naprawdę rzadko sięgam po smutne książki. Wydaje mi się, że świat codziennie dostarcza mi odpowiednią ilość zmartwień, tym bardziej, że ja naprawdę przeżywam losy bohaterów. Kiedy już zdecyduję się na coś tak poważnego, oczekuję dobrej literatury, emocji i przede wszystkim- morału trudnej sytuacji.
  Paul Kalanithi był neurochirurgiem. Młody, ambitny (prawie) lekarz czuł się niemal nieśmiertelny. Mimo, że prawie codziennie obcował ze śmiercią lub trwałym kalectwem, nigdy nie myślał, że ta może kiedyś dotyczyć jego. Jeszcze nie. Do czasu, kiedy zaczął czuć się źle. Będąc lekarzem, potrafił sam zdiagnozować swoje objawy. Rak płuc. Wyrok? Śmierć? Trwały uszczerbek na zdrowiu? Chemioterapia? Przeżuty? Paul zdawał się słyszeć to wszystko po raz pierwszy w życiu. Pierwszy raz dotyczyły jego.
   Gdybym miała określić o czym jest ta książka, powiedziałabym, że o umieraniu. Gdybym natomiast miała określić jej nastrój, to z pewnością nie nazwałabym go smutnym. Raczej...Naukowym i...pięknym.
   Z pewnością ładunek emocjonalny w tej książce jest większy przez fakt, że jest to swego rodzaju autobiografia. Wiedząc, że wszystko, o czym pisze autor, jest prawdą i miało miejsce w rzeczywistości...książkę czyta się z zapartym tchem. Odkrywa przed czytelnikiem tajniki fascynującego ludzkiego umysłu, neurochirurgii. I owszem, to naprawdę dobrze się czyta.
  Zupełnie inaczej natomiast czyta się o chorobie Paula, o decyzji o dziecku, o tym, co postanowił na terminalnym etapie choroby. Możecie mi wierzyć lub nie, ale kiedy...nastąpiło nieuniknione, płakałam i kiwałam głową w geście zaprzeczenia. Ostatecznie jednak...ogarnął mnie spokój, nie strach.
   "Jeszcze jeden oddech" to książka o tym, że...nie jesteśmy nieśmiertelni. Nie przytłacza, ale skłania do przemyśleń. Trudno też nie zadać sobie pytania, czy nie lepiej byłoby, gdyby autor został pisarzem? Tylko wtedy nie napisałby czegoś tak ciekawego o naturze ludzkiego układu nerwowego. Jedna z lepszych książek tego roku.

piątek, 7 października 2016

Bez pamięci- Martyna Kubacka


   W tej książce od samego początku nic nie jest pewne. Główna bohaterka, Kasia, w rzeczywistości może być kimś zupełnie innym. Nie ma nawet pewności, czy imię się zgadza. Jedno jest natomiast pewne. Piotr kłamie. Nawet jeżeli źle się z tym czuje, kłamie jak z nut. Jaki ma w tym interes? Czy Kasi grozi niebezpieczeństwo? I jaką rolę odegra w całej tej historii pomoc domowa- Marta?
   Rzadko, jak wiecie sięgam po to, co niesprawdzone i nieodkryte. Mam jednak wrażenie, że gdybym była polską młodą autorką, bardzo chciałabym czytać recenzje blogerów. To jednak dosyć obiektywne źródło. Nikt nie siedzi teraz obok mnie i nie szczypie za każdym razem kiedy książki nie określam mianem "rewelacyjnej".
  Czasami fajnie jest zabłądzić gdzieś poza listę bestsellerów. Może się okazać, że na naszym podwórku również mieszkają dobrzy autorzy. I autorki :)
   "Bez pamięci" rozkręcało się powoli i przyznam szczerze, że chciałam się już poddać jednak...przebrnęłam, okazało się, że rozwiązanie akcji jest znacznie ciekawsze, niż jej początek. Ok, może nawet można było się mniej więcej domyślić części tego, co się wydarzy. Jest tam jednak jeden szczegół, którego absolutnie się nie domyśliłam i który chyba przeważył na plus książki.
  Momentami miałam wrażenie, że korektor przysnął i "przepuścił" słowa, które...trochę mnie raziły. Ale pewnie się czepiam.
  Nie zawiodłam się. "Bez pamięci" czyta się jednym tchem i można ją pochwalić za wszystko to, czego obecnie oczekuje się od powieści. Nutka pikanterii, tajemnica, wątek kryminalny i ciekawa intryga. Czyta się jednym tchem!
 

piątek, 30 września 2016

Załącznik- Rainbow Rowell


 Rainbow Rowell  jest jedną z popularniejszych autorek young adult. Paradoksalnie, napisała tylko dwie książki dla młodzieży, pozostałe to beletrystyka. Jednak jej książki ya osiągnęły tak spektakularny sukces, że zepchnęły te dla dorosłych na drugi plan. Rowell zdobyła rzeszę wiernych fanów i każda jej książka znajduje wielu odbiorców.
  W 2011 roku autorka napisała "Załącznik". Książka miała swoją polską premierę dopiero teraz, w 2016 roku. Nie trudno się zatem domyślić, że akcja powieści, skądinąd bardzo współczesnej, bo bazującej na istnieniu w sieci, jest nieco... oldschoolowa. Tym bardziej, że akcja została osadzona na przełomie XX i XXI wieku, w 1999 roku.
  Lincoln pracuje w gazecie jako informatyk. Zajmuje się jednak...kontrolowaniem WebSharka, programu, który wyłapuje korespondencję pomiędzy pracownikami, która nie dotyczy spraw zawodowych. Nudna i mało odpowiedzialna praca na nocną zmianę nieco dołuje Lincolna. Do czasu kiedy do programu wpada stała korespondencja dwóch przyjaciółek, Beth i Jenifer.
   W 1999 roku zaczynałam pierwszą klasę szkoły podstawowej. Dopiero rok później w domu pojawił się komputer stacjonarny. Z bardzo ograniczonym przez rodziców dostępem. To brzmi tak banalnie, ale nawet nie marzyłam wtedy o posiadaniu własnego...laptopa. Nie wspominając o smartfonach, które wtedy mogłyby być jedynie odległym science-fiction. Jak wspaniale było cofnąć się do tych czasów!
  Pamiętacie "Wierność w stereo"? Męską wersję "Bridget Jones"? Książkę o nieidealnym mężczyźnie, jego zupełnie nieromantycznych rozterkach? O nałożonym na mężczyzn stereotypie, który wpędza ich w niemałe kompleksy?  "Załącznik" klimatem bardzo przypominał mi właśnie "Wierność w stereo".
   Co więcej, w dobie idealnych bohaterów pokroju Christiana Greya (też macie takie wrażenie, że co drugi mężczyzna, w szczególności w ya, jest nieprzyzwoicie przystojny, bogaty i taki...nierealny?), tak przyjemnie poczytać o kimś...normalnym. O facecie, który mógłby się przytrafić...każdej z nas.
  Przyjemna, jesienna, tak łatwo jest wpaść w jej klimat. Gorąco polecam!
 

poniedziałek, 19 września 2016

Przez niego zginę- K.A. Tucker


 K.A. Tucker była moją miłością od pierwszego wejrzenia. Od czasu "10 płytkich oddechów" jestem jej absolutnie wierna. Nie tylko sięgam po każdą nową książkę, ale również gorąco je wszystkim polecam. Co innego jednak znajomi bohaterowie w serii, a zupełnie nowa historia. Pokładałam w niej naprawdę ogromne nadzieje.
  Maggie przyjeżdża do Nowego Jorku uporządkować sprawy po swojej zmarłej przyjaciółce. Policja orzekła samobójstwo, zamknęła sprawę, która wydawała im się formalnością. Jednak Maggie, która znała Celine od dziecka, wątpi w samobójstwo. Za wszelką cenę próbuje odnaleźć...mordercę. Zaczyna przeszukiwać szuflady Celine, mieszka w jej mieszkaniu, wchodzi nie tylko w jej miejsce, ale w zasadzie zaczyna żyć jej życiem. Poznaje jej znajomych, mężczyzn, z którymi łączyły ją silne uczucie. W poszukiwaniu odpowiedzi natrafia na dzienniki, z których dowiaduje się rzeczy, o których wolałaby nie wiedzieć. A może, gdyby wiedziała, Celine nadal by żyła? Prywatne śledztwo wpędzi ją w niezłe kłopoty.
   Poprzednią serię czytałam z zapartym tchem. Napięcie rosło tam bardzo świadomie, powoli, ale doprowadzało czytelnika do naprawdę zaskakującego zakończenia. Tutaj tak nie było. W porządku, to nie kryminał. Ale wciąganie w tej książce rozkłada się dosyć...nierównomiernie.
   Nietuzinkowa historia, ciekawy wątek złego romansu, takiego, który nigdy nie powinien mieć miejsca, z drugiej natomiast strony spokojna, przyjacielska relacja.
   "Przez niego zginę" to nietypowa young adult. Bardzo dobra, lekko kryminalna. Zaskakuje kolejnymi zwrotami prywatnego śledztwa głównej bohaterki. Tucker w formie! Co więcej, zakończenie pozwala wysnuć nadzieję, że powstaną kolejne części. Oby!
 

piątek, 9 września 2016

Ta chwila- Guillaume Musso


Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Musso. Dwugodzinna podróż do domu, "Telefon do anioła". Kiedy koleżanka mi ją podsunęła, pomyślałam, na pewno nie. Szmira i harlequin.Ależ się pomyliłam! Książkę pochłonęłam w jeden dzień.
  Od tamtego momentu minęło kilka lat. Zdążyłam przeczytać niemal wszystkie książki Musso i po każdą kolejną sięgam natychmiast po premierze. Tak było i tym razem.
   Główny bohater, Arthur, dziedziczy po ojcu latarnię. Miejsce, które skrywa straszny sekret. Wiedziony ciekawością Arthur postanawia sprawdzić, co strasznego skrywają ściany latarni. Nie zdaje sobie sprawy z tego, w jaką pętlę wchodzi. Bezlitosną pętlę czasu, która w perspektywie może zniszczyć całe jego życie. Przypadek stawia na drodze Arthura pewną kobietę. Kobietę, z którą będzie mu dane przeżyć zaledwie...kilka dni.
   Po pierwsze nie ma najmniejszej szansy, by czytelnik domyślił się pointy tej historii. Nie trudno natomiast o myśl, że Musso zmienił gatunek. Na fantastykę. To, co dzieje się po otwarciu pewnego pomieszczenia w latarni, nie może mieć miejsca w normalnym świecie. Jednak... w poprzedniej książce też działy się niestworzone rzeczy, które potem zostały przez autora zupełnie racjonalnie wytłumaczone. O "Central Parku" można poczytać tu. Wtedy również pisałam o tym, że nie ma szansy na rozwikłanie zagadki dopóki autor sam nie poda jej czytelnikowi na tacy. O tyle o ile w "Central Parku" pointa jest w jakiś sposób związana z fabułą, o tyle tu...Nie chcę spoilerować, ale zakończenie...porażka.
  Jednego nie można "Tej chwili" odmówić. To książka o upływającym czasie, o tym, jak wiele przecieka nam przez palce i jak trudno to zauważyć dopóki się tego nie straci.
  Smutna i trudna historia. Wciągająca, bo naprawdę czeka się na rozwikłanie zagadki latarni. Dla fanów Musso.

środa, 11 listopada 2015

Czy wspominałam, że Cię kocham?- Estelle Maskame

   Czy wspominałam, że mam słabość do młodych autorek? Wcale nie im nie zazdroszczę. Wręcz przeciwnie. Patrzę na nie z podziwem. Podziwiam je za determinację, za ciężką pracę. Patrzę na nastoletnią twarz Estelle i nie potrafię się nie uśmiechnąć.
  Główna bohaterka zamierza spędzić wakacje ze swoim ojcem, w Los Angeles. W pakiecie z tatą będzie jednak musiała znosić jego nową rodzinę, żonę i trzech synów. Z dwoma z nich utrzyma spokojne stosunki. Trzeci natomiast, najstarszy, jednak przysporzy jej wielu...kłopotów :).
  Lekkie pióro, dobre tłumaczenie. Wyraźnie czuje się, że to młoda kobieta napisała dla swoich rówieśniczek. Bez zbędnych ozdobników, bez przesładzania. 
  Na początku miałam wrażenie, że doskonale wiem, co się wydarzy, w jakim to wszystko idzie kierunku. Autorce udało się jednak kilka razy naprawdę mnie zaskoczyć. Nastoletnie problemy to w tej książce nie tylko kolor paznokci, albo posty na Facebooku, ale również trudne relacje, kłopoty z używkami i zakazana miłość. Wydaje Wam się, że w dzisiejszych rozpasanych czasach nie istnieje już uczucie, które może kogokolwiek zszokować? Ale czy aby na pewno?
  Nawet, jeżeli nic poza cholernie przystojnym facetem z okładki nie zapowiada, że książka będzie dobra, jest naprawdę pozytywnym zaskoczeniem. Tym bardziej, jeżeli mamy na uwadze wiek autorki! Mogę jej jedynie ogromnie pogratulować i...z niecierpliwością czekam na kontynuację! Zakończenie bowiem, daje do myślenia...
Książkę znajdziecie tutaj

środa, 30 września 2015

Zanim się pojawiłeś- Jojo Moyens

     
  Jestem książkoholiczką, nie potrafię przejść koło promocji na książki obojętnie. Owszem, nawet jeżeli jestem akurat w Biedronce, a książki, które walają się w kartonach to nie żadne klasyki (pomijając tę promocję, kiedy w Biedrze była przepięknie wydana Jane Austen). Wydam na nie ostatnie pieniądze. Zazwyczaj jednak...na tym kię kończy. Książki trafiają na półkę i czekają w ogromnej  kolejce "do przeczytania". Tym razem było jednak inaczej. Zanim rzuciłam się na książki, poczytałam o nich i wybrałam tylko jedną (!).
  Lou właśnie straciła pracę. Nie ma ani wykształcenia, ani specjalnych zainteresowań. Bez większych nadzie idzie na spotkanie o pracę. Ma opiekować się kimś niepełnosprawnym. Will może nieznacznie poruszać tylko jedną ręką. I nie jest sympatyczny, wręcz przeciwnie. Lou zostaje zatrudniona na pół roku. Po pewnym czasie odkrywa dlaczego i...postanawia wpłynąć na decyzję Willa.
  Niby nic specjalnie oryginalnego. Historia podobna to tej przedstawionej w "Nietykalnych". Nie ma też opcji na żaden wątek miłosny, bo niby jak? Ano...:)
   Jest w człowieku pewna taka, dziwna ciekawość ludzi niepełnosprawnych. Z jednej strony często odwracamy wzrok, kiedy mijamy ich na ulicy, z drugiej jednak, interesuje nas, jak radzą  sobie w codziennym życiu. Być może to to, a może lekki, przyjemny język Jojo Moyens sprawiają, że podczas lektury zapomina się o upływającym czasie.   Autorka szybko wciąga nas w ciekawą intrygę. Nadzieja przeplata się z ogromnym smutkiem, kalectwo z siłą i optymistyczną chęcią istnienia. Chce się wiedzieć, jak to się zakończy.
  Do przeczytania w jeden wieczór, do absolutnego wciągnięcia się. Wzbudza emocje. To z pewnością taka książka, którą poleciłabym przyjaciółce. Dobry zakup!