Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 marca 2021

Zjadacz czerni 8- Katarzyna Grochola


     Autorka, której polskim czytelniczkom nie trzeba chyba przedstawiać. Kultowa, to jest w zasadzie właściwe słowo. Była pierwszą "dorosłą" autorką, którą czytałam jako nastolatka. Książki podkradałam mamie ze stosów przyniesionych z biblioteki. Wchodziłam w przedstawiony przez nią świat i ogromnie dobrze się tam czułam. Na tyle dobrze, że emocje towarzyszące lekturze pamiętam do dziś. I uwielbiam do nich wracać, właśnie za pomocą kolejnych powieści autorki. 

    "Zjadacz czerni 8" to zbiór opowiadań, które w pewien nieoczywisty sposób łączą się ze sobą. Bohaterowie opowiadają o swojej codzienności, w której najczęściej coś idzie nie tak, jak zaplanowali. Ich problemy wydają się jednocześnie bardzo zwyczajne, a jednocześnie niecodzienne. 

    To z pewnością za sprawą cudownego pióra Katarzyny Grocholi. Opowiadania, choć każde inne, wszystkie zdają się mieć wspólny mianownik. Dzieją się w tej samej codzienności, znalazłam w nich tę samą wrażliwość, delikatność. 

    "Zjadacz czerni 8" jest piękną literaturą. Daleka jestem od powiedzenia, że to książka obyczajowa. To literatura piękna. Piękna w swej eteryczności, w sposobie, w jaki Grochola opisuje miłość. Nie taką oczywistą, ale taką, która zdarza się pomiędzy dwojgiem pogubionych ludzi. Opowiadanie, w którym aktorka i reżyser odgrywają scenę, przeplatając ją ze swoim, nie-swoim życiem, pochłonęła mnie bez reszty. Uczucia ubrane w takie słowa przenikają czytelnika bez reszty. I zostawiają jakby utulonego.  



niedziela, 6 grudnia 2020

Godzina zagubionych słów- Natasza Socha

 


    Pierwsza świąteczna książka, którą przeczytałam w tym roku, jeszcze w październiku. Trafiłam bardzo dobrze, bo to nie jest idylliczna opowieść o Bożym Narodzeniu. To historia o przemijaniu i o tych niewypowiedzianych słowach, którym przychodzi zawisnąć w czasoprzestrzeni, kiedy ktoś nagle odchodzi.

Bohaterowie tej powieści żyją gdzieś obok siebie. Spotykają się na ulicy, czy w barze z kanapkami. Każdy z nich nosi w sercu troski, które bez reszty go pochłaniają. Pewnego dnia dostają oni niepowtarzalną szansę. Mogą spędzić godzinę z tymi, którzy nagle zniknęli z ich życia. Sześćdziesiąt minut podczas których spróbują zrozumieć, poukładać, ułożyć żałobę, dać upust złości, buntowi ale też pozwolić tęsknocie rozlać się w ten przyjemny, melancholijny sposób.

Zupełnie nie tego spodziewałam się po tej książce. Naprawdę myślałam, że mam przed sobą lekką, świąteczną powieść. To jednak jest zupełnie inna historia. Jest pełna melancholii, takiego zatrzymania się, pochylenia. Gdybym miała określić ją jednym słowem, to powiedziałabym, że to książka o przemijaniu, żałobie. Jej fabuła opiera się głównie na tym, że bohaterowie, którzy stracili kogoś bliskiego, nie do końca się z tym godzą. Głównie jednak, nie potrafią poukładać tego, co łączyło ich z bliskimi w przeszłości. Brakuje im tej jednej, ostatniej rozmowy, w której mogliby nie tylko powiedzieć, jak bardzo tęsknią, ale również wyjaśnić, że bywali źli. Że mięli prawo do złości, smutku, trudnych emocji, a teraz… nie mają ich z kim przedyskutować, została próżnia, w której dawne emocje nie mają prawa bytu. Ta godzina jest jakby losem na loterii, ostatnią magiczną możliwością poukładania siebie w relacji z tymi, których już nie ma.

Przepiękna, nostalgiczna, skłaniająca do pochylenia się nad relacjami z naszymi najbliższymi. Dla mnie była ogromną motywacją do tego, żeby się zatrzymać i tak po prostu przytulić moich najbliższych. Mamę, która dopiero co wróciła ze szpitala. Babcię, która powoli wychodzi z trudnej choroby. Są obok, mogę im jeszcze tyle powiedzieć. I pokazać książkę, która mnie zachwyciła. Przepiękna, ciepła powieść.

czwartek, 19 marca 2020

Pszczelarz z Aleppo- Christy Lefteri

     Rzadko sięgam po tego typu książki. Nawet jeżeli już się na nie decyduję, to często lądują na samym końcu kolejki książek do przeczytania, a w efekcie, często czekają całymi miesiącami. Potrzebowałam jednak czegoś, co przełamałoby czytelniczą niemoc. 
   Nuri i Afra mieszkają w Syrii. Do wybuchu wojny Nuri prowadzi wraz ze swoim kuzynem pasiekę. Prowadzą egzotyczne, idylliczne życie w Aleppo. Wojna zmienia wszystko. Bojownicy zabijają dzieci, rujnują domy. Mustafa ucieka do Wielkiej Brytanii jako pierwszy. Afra, żona głównego bohatera, długo utrzymuje, że woli zginąć w swoim domu, niż uciekać. Strach w końcu wygania również ich. Rozpoczynają bardzo długą podróż, którą opisuje książka. 
     "Pszczelarz z Aleppo" to historia kontrastu. Kolejne rozdziały to częściowo zapis początków życia w nowym państwie, a z drugiej strony, kontrastowo zapis okrutnej wojny i drogi, jaką musieli odbyć Nuri i Afra decydując się na los...uchodźcy. 
     Z jednej strony klimat i kultura Syrii, od opisu której zaczyna się historia, jest dla mnie zupełnie egzotyczny, z drugiej jednak, niesamowicie fascynujący. Jeszcze bardziej nieznana wydaje mi się instytucja wojny. To, co w okrutnie realistyczny sposób opisuje tu autorka, wykracza poza moje wyobrażenia o współczesnym, cywilizowanym świecie.  
    Natomiast samo już słowo uchodźcy- jest jakby nieco bliższe. Z pewnością pamiętacie jakim pionkiem w politycznych rozgrywkach byli uchodźcy. I jednocześnie, ja przypominam sobie takie zdjęcie krążące w sieci, z martwym dzieckiem wyrzuconym na brzeg morza. Ta książka wyjaśnia od początku do końca, na przykładzie pojedynczej historii, jak do tego doszło. Pokazuje, z jakimi problemami borykają się ci ludzie. Problemami, o których my, dyskutując na temat mitycznych uchodźców, w cieple własnego domu, nie mamy zielonego pojęcia. 
    Historia zawarta w książce jest literacką fikcją, ale autorka pracowała jako wolontariusz w obozie dla uchodźców w Grecji. 
    Pięknie napisana, do granic przejmująca powieść. Historia, która otwiera oczy, pozwala zrozumieć. Na długo pozostanie w mojej pamięci. 

poniedziałek, 2 marca 2020

Nienasycona- Katarzyna T. Nowak

     Autorka tej książki pojawiła się już raz na blogu. Napisała książkę "Rok na odwyku", o której pisałam tu i która zrobiła na mnie spore wrażenie. Bez wahania sięgnęłam po "Nienasyconą". 
    Główna bohaterka pije. Jej życie toczy się głównie wokół alkoholu, zdobywania pieniędzy na alkohol, kompulsywnych zakupów i kolejnego uzależnienia, tym razem od benzodiazepin. 
    Książka jest krótka, do przeczytania w zasadzie w jeden wieczór. I tak jak krótka, tak przerażająca. Nie na tym poziomie, co thrillery, w których morduje się ludzi. Raczej na tym poziomie, na którym czytelnik empatyzuje z bohaterem powieści, którą czyta. Jeżeli będzie to czytelnik, który wie, czym jest uzależnienie (a wiem z całą pewnością, że takich będzie wielu), to będzie przerażony. 
   To historia ogromnego systemu iluzji i zaprzeczeń, w którym żyje bohaterka. To także bardzo prosta, szybka droga w dół. W "Roku na odwyku" znalazłam taki cytat: 
- Dam wam taki przykład. Jedziecie samochodem i nagle słyszycie stuki-puki. Co robicie? 
-Zatrzymuję się i sprawdzam, co się dzieje- mówię. 
-To jest optymistyczne, normalne działanie- stwierdza terapeutka. - Osoba uzależniona, kiedy słyszy stuki-puki, dąży do wyeliminowania nieprzyjemnej sytuacji. I co robi? Włącza radio. One trwają i może dojść do wypadku, ale kierowca już ich nie słyszy, więc jest uspokojony
"Nienasycona" jest w moim odczuciu właśnie historią o tym wszystkim, co można by nazwać włączaniem radia. O tym, jak daleko osoba uzależniona jest w stanie się posunąć w tłumaczeniu przed sobą swojego picia. Co potrafi zrobić, by odciąć się od ludzi, którzy wskazują jej problem. 
    Warta przeczytania, chociaż idealnie byłoby połączyć ją z lekturą "Roku na odwyku". Wtedy przestaje być tak bardzo smutna, nie pozostawiająca nadziei. Co więcej, poszperałam właśnie w informacjach na temat autorki.Dowiedziałam się między innymi, że jest siostrą Małgorzaty Szumowskiej. Historia jest w jakimś sensie autobiograficzna, dlatego chciałam sprawdzić, co u niej. Znalazłam bloga i wpis o tym, że od 4 lat nie pije. Gratuluję. Oby obydwie te książki stały się dla kogoś drogowskazem do pójścia drogą trzeźwości. 


środa, 30 października 2019

Tysiąc obsesji- Gabriela Gargaś i Marcel Woźniak

    Ta książka to była dla mnie wielka niewiadoma. Prawdę powiedziawszy w pierwszej chwili, kiedy zobaczyłam na profilu Marcela zapowiedź...uśmiechnęłam się pod nosem. To niemożliwe. Ta książka albo będzie świetna, albo to kompletna katastrofa i komercja. Sprawdziłam od razu, kiedy przyszedł prebook, chociaż nie dałam się przekonać pierwszymi stronami. 
    Robert Kepler jest byłym piłkarzem, który rozpoczyna działalność w powstającej firmie bukmacherskiej. Anika jest matką, narzeczoną, pracownicą warszawskiej korporacji. Ich drogi przecinają się w toruńskim hotelu, w którym nagle gaśnie światło. Nie mogą wtedy jeszcze wiedzieć, jakie emocje zapłoną pomiędzy nimi i jakie poniosą tego konsekwencje. 
    Gabriela Gargaś jest mi znana z literatury obyczajowej. Marcel napisał biografię Leopolda Tyrmanda, a potem kryminalną trylogię o Leonie Brodzkim. Kompletnie nie byłam w stanie tego połączyć w jedną książkę. Co więcej, okładka zapowiada, w mojej ocenie, treści erotyczne :D. Co może wyniknąć z takiego połączenia? 
    Sprawdziłam właśnie do jakiego gatunku została zaliczona książka- literatura obyczajowa, romans (na portalu lubimyczytac.pl). Ale ta książka jest inna, trudno mi ją jednoznacznie zakwalifikować . Ogromną rolę pełni tu bowiem wątek kryminalny. Czytelnicy kryminałów Woźniaka z pewnością rozpoznają charakterystyczną akcję rodem z filmu sensacyjnego. To jednak coś więcej niż historia o detektywie. W "Tysiącu obsesji" czytamy o poważnych politycznych rozgrywkach. Wątek kryminalny, chociaż początkowo miałam wrażenie, że jego obecność w historii jest nieuzasadniona, z czasem doskonale się z nią zazębia i ostatecznie w brawurowy (dosłownie) sposób rozwiązuje akcje. 
   Historia romansu Aniki i Roberta jest za to... trudna w taki skomplikowany, tragiczny sposób. Bez względu na to, co wybiorą bohaterowie, ktoś będzie cierpiał. Uczucie pomiędzy bohaterami jest tak trudne, jak i mocne. Romans nie jest tu cukierkową historią z happy-endem ale trudną i wyboistą drogą wyborów, kierowania się silnymi emocjami, a zaraz potem rozsądkiem. 
    Nie wiem, w którym momencie ta historia wkradła się w moją wyobraźnię. Z dobrymi książkami bywa tak, że towarzyszą mi, zepchnięte gdzieś do podświadomości, cały dzień i kierują mną tak, bym ostatecznie mogła zaszyć się z książką w ręku. 
    Marcel, gratuluję. Nigdy nie posądziłabym Cię o tego typu literaturę, a dźwignąłeś ją w brawurowy sposób. 
    Świetny duet, połączenie ciężkiego od emocji romansu, świetnych, mocnych postaci i wątku kryminalnego, bardzo sensacyjnego, znacznie poważniejszego niż trylogia o Brodzkim. 
    Czytając "Tysiąc obsesji" odtwarzałam kolejne sceny w wyobraźni, oglądając je jak dobre kino. Zupełnie nieprzewidywalna, ciężka od namiętności, a jednocześnie dynamiczna jak film akcji. Bardzo dobra, przeczytałabym kontynuację.  


środa, 21 sierpnia 2019

Sekret matki- Shalini Boland

     Jest niedziela, Tessa wraca do domu z cmentarza. Wraca do pustego domu. Jej mąż, po tragedii, którą przeżyli, postanowił ułożyć sobie życie na nowo. W domu czeka na nią niespodzianka. W kuchni znajduje dziecko, chłopca, który mówi, że przysyła go anioł. Tessa przez chwilę zastanawia się, co by się stało, gdyby chłopiec z nią został...Dzwoni jednak na policję, chłopiec trafia do swojego ojca. To wydarzenie zmienia jednak wszystko. Pod domem Tessy bez przerwy koczują dziennikarze, którzy szybko dokopują się do informacji, które bohaterka chciałaby wymazać z pamięci... 
     Historia wydawała mi się tak bardzo nierzeczywista i do tego stopnia nie potrafiłam wyobrazić sobie żadnego realnego zakończenia, że obawiałam się, że przy zakończeniu okaże się, że Tessa tak naprawdę wszystko to sobie wymyśliła, że na przykład choruje na schizofrenię. Znalazłam takie rozwiązanie w jednym thrillerze i...to trochę tak, jakby na końcu okazało się, że historia była zmyślona ;-). Tutaj jednak wydarzyło się coś znacznie bardziej zaskakującego, czego nie spodziewałam się do samego końca. 
    "Sekret matki" to taka książka, którą spokojnie można pochłonąć w jeden wieczór. Głównie dlatego, że nie ma tu w zasadzie żadnych pobocznych wątków. To po prostu historia Tessy, jej męża, śmierci jej dzieci i tajemniczego chłopca... 
    To z pewnością nie jest mrożący krew w żyłach thriller, ale bardzo ciekawa, straszna psychologiczna intryga. To raczej domestic thriller, w którym czytelnik ma okrutne wrażenie, że taka historia mogłaby przydarzyć się w sąsiedztwie. 
    Bardzo dobry thriller. Widzę, że w Polsce została na razie wydana tylko ta książka autorki, mam jednak nadzieję, że zostaną przetłumaczone inne książki Boland. Chciałabym sprawdzić, jak wypada autorka w innych książkach, bo początek wydaje się naprawdę intrygujący. 

czwartek, 18 października 2018

Wszystko za K2 - Piotr Trybalski

 
   Obserwuję od pewnego czasu ogromne zainteresowanie himalaizmem w Polsce. I widzę dwie tendencje. Po pierwsze to ten rodzaj pasji, którą raczej obserwujemy w zaciszu swojego domu. Jedni i chyba do nich się zaliczam, czytają i próbują zrozumieć. Jest ogromnie dużo książek o wspinaczce, o Wandzie Rutkiewicz, o Hajzerze, książka Adama Bieleckiego, o wyprawie na Nanga Parbat sprzed kilku lat. Sprzedaż i zainteresowanie podkręca przede wszystkim...tragedia. Tak samo tej drugiej grupie, która śledzi wspinaczki w TVN24 i komentuje. Mocno i bardzo z hejtem. Bo po cholerę oni tak wchodzili... To właśnie próbuję zrozumieć. I myślę, że motorem napędowym całego tego zainteresowania jest właśnie chęć zrozumienia. 
    "Wszystko za K2" miało być dziennikiem z wyprawy, która miała miejsce poprzedniej zimy. Niestety, autor książki ostatecznie nie dostał pozwolenia na uczestnictwo w wyprawie. Zablokowali go sami uczestnicy. Jestem w stanie to zrozumieć, mogli mieć obawę, że wtedy wyprawa byłaby jeszcze bardziej jak reality-show. W pierwszej chwili pomyślałam - co zatem autor może wiedzieć o K2, skoro go tam nie było? Z pewnością więcej niż ja...I z pewnością więcej niż wszystkowiedzący znawcy z Twittera. 
    Piotr Trybalski przybliża sporą część historii polskiego himalaizmu. Warto sięgnąć po tę książkę chociażby dlatego. Żeby zobaczyć, że oni wspinali się na długo przed tym, kiedy telewizja zaczęła się interesować. Opowiada jak to było wcześniej i jeżeli nie czytaliście wcześniej nic na ten temat to świetne kompendium wiedzy. 
    Co do samej wyprawy, historia napisana przez autora z pewnością byłaby inna, gdyby pisał ją u podnóża K2. Trudno mi rozpatrywać, czy byłaby lepsza. Bo jest dobra. Nie śledziłam wyprawy od samego początku, przyznaję, zaczęłam dopiero, kiedy do Polski dotarła wieść o ataku szczytowym na Nanga Parbat i potem, kiedy polska wyprawa musiała ruszyć do akcji ratunkowej. To zresztą spora część tej książki.
     Opisana dość obiektywnie, chociaż z subiektywnych punktów widzenia tych, którzy tam byli ale także autora, który obserwował wszystko z Polski. Pięknie podsumowuje postawę Elizabeth Revol pisząc, że większość z tych, którzy wracają z gór bez swoich kolegów, musi się potem z tego wytłumaczyć. Tak na przykład Bielecki po Broad Peak i jego książka, która zresztą od dłuższego czasu czeka u mnie na przeczytanie. Elizabeth też przyjdzie kiedyś to wyjaśnić.
      Nie wiem, czy "Wszystko za K2" przyniosło odpowiedzi, na pytania, które gdzieś mam w sobie. Z pewnością poszerzyła moją bardzo niewielką wiedzę w temacie. Otworzyła kolejne drogi, urodziła kolejne niedopowiedzenia. I rozbudziła apetyt na więcej. 
    Przepiękna, opasła, bo prawie 600 stron, to opowieść o polskim himalaizmie , o tym dlaczego dobrze jest, kiedy szczyt nie zostanie zdobyty i czemu czemu niektórzy z gór już nigdy nie wrócą. 
     Dla tych, którzy próbują zrozumieć dlaczego oni tam w ogóle idą i czemu nie dało się uratować Mackiewicza. Dla tych, którzy chcą dyskutować i tych, którzy lubią o himalaizmie czytać to z pewnością łakomy kąsek. 

piątek, 2 marca 2018

Pszczoły- Joachim Petterson

    Tęsknię za wiosną. I na pewno nie jestem w mojej tęsknocie odosobniona. Marzec to dla mnie czas planowania, pomysłów na kwiaty, nowe zioła, na wszystko, co żywe. W tym roku moja rodzina postanowiła pomyśleć także o...pszczołach. I, możecie mi wierzyć, lub nie, ale inspiracją do dyskusji i pomysłu stworzenia ula była ta książka.
     Autor książki pracował w korporacji, żył w ciągłym biegu. Uległ wypadkowi i podczas długiej rekonwalescencji zaczął zastanawiać się nad zmianami w swoim życiu, nad powrotem do natury. Wtedy też wpadł na pomysł, by hodować pszczoły.
   Książka jest subiektywnym wyborem tego, co autor twierdzi, że każdy o pszczołach wiedzieć powinien, a także tego, ile kroków dzieli nas od miodu z własnej pasieki.
   Poprzedni boom na pszczele książki jakoś mnie ominął, przez co dopiero teraz dowiedziałam się, jak niesamowite to owady. Autor opisuje pszczoły, przytacza sporo liczb, które z pewnością Was zaskoczą. Na przykład ile pyłku zbiera jedna pszczoła, albo ile go potrzebuje, by wyprodukować miód. Książka opatrzona jest ogromną ilością przepięknych, wiosennych zdjęć.
    Nawet jeżeli nie interesują Was pszczoły, to chcecie przeczytać tę książkę. Naprawdę. Historia pszczół jest fascynująca, a tutaj przekazana w bardzo przystępny, przyjemny sposób. Kolejne części, te o własnej, przydomowej pasiece  dla mnie były równie ciekawe i przede wszystkim bardzo inspirujące. Poza tym jest przepięknie wydana, ogromny ukłon w stronę Wydawnictwa Literackiego. Ogromny plus, bo książka od tygodnia jest u mnie regularnie wertowana, w celu sprawdzenia, jakie ramki powinien mieć nasz ul.
   To słodka książka, wiosenna, pachnie kwitnącym rzepakiem. Przywołuje wiosnę.Tłumaczy, jak niewyobrażalną pracę muszą wykonać pszczoły, żebyśmy mogli położyć miód na kanapkę. Co więcej, w "Pszczołach" znajdziecie kilka autorskich przepisów. Do wykorzystania.  
    "Pszczoły" trzeba przeczytać. I koniecznie mieć w swojej bibliotece. Do przeczytania w słoneczny sobotni poranek. 

środa, 23 sierpnia 2017

Tego lata w Zawrociu- Hanna Kowalewska

    Przyznaję, nie czytałam wcześniejszego wydania. Czytałam za to późniejsze książki autorki. Kołyszą nostalgią, polskością, brakiem przekoloryzowania. Wydawnictwo Literackie wydało serię na nowo, w pięknej szacie. Po przeczytaniu myślę, że nie ma lepszego czasu na tę książkę, niż późne lato. 
   Matylda dostaje w spadku dworek, Zawrocie, z całym inwentarzem i... tajemniczą historią babki Aleksandry. Nielubiana starsza pani, postrach Zawrocia, babcia, która nigdy nie spotkała swojej wnuczki, w testamencie zapisuje Zawrocie Matyldzie. Nikt nie rozumie jej decyzji, nawet sama spadkobierczyni. Matylda spróbuje rozwiązać zagadkę babki, Zawrocia, kuzyna Pawła i kolejnych, stających na jej drodze czarnych charakterów, ludzi, którzy zrobią wszystko, by ją z Zawrocia wygnać.  
   Moje zamiłowanie do polskich autorów i polskiej wsi latem jest jakby większe. Tym bardziej pod koniec sierpnia, w najbardziej dojrzałej, ciepłej porze. Ulotna chwila i idealna na ten czas lektura. Historię Matyldy, opowiadaną dla babki, z setkami pytań, z zagadkami, które rozwiązuje czytelnik, wcale nie autorka, czyta się jednym tchem. Napisana dawno temu, ciągle aktualna. Pięknie odświeżona. Po lekturze sama zostałam z wieloma pytaniami, przede wszystkim urwanym wątkiem Matyldy i Pawła. Wiem, że jest kontynuacja, czekam na nowe wydanie i wierzę, że historia skręci na odpowiednie tory. 
   "Tego lata w Zawrociu" trzeba przeczytać teraz. Koniec sierpnia, prawie całe wakacje za nami, przed nami jesień, ale do póki spadają pierwsze papierówki, przed śliwkami węgierkami...Wybrałabym się na weekend do babci, na wieś. Ułożyłabym się w hamaku i pobujała jeszcze z "Tego lata...". Polecam, ale przeczytać trzeba już :-). 
   

środa, 31 maja 2017

Julita i huśtawki- Hanna Kowalewska

     Po książki Hanny Kowalewskiej sięgam w ciemno. Najczęściej wtedy, kiedy tęsknię za dobrą powieścią i...polską wsią. Taką nieprzekoloryzowaną, piękną w swoich niedoskonałościach. 
     Koli przyjeżdża do małego miasteczka pisać powieść ale przede wszystkim spotykać się z Metką, swoją tajemniczą...kochanką. Koli, narrator historii opowiada przede wszystkim o PRL-owskiej przeszłości mieszkańców. Również Metki i swojej, chociaż jest nieco młodszy od swoich bohaterów. 
    O PRL-u można pisać różnie i mam wrażenie, że wszystkie możliwe podejścia...trochę się już opatrzyły. Trudno jednak zaprzeczyć, że niedawny ustrój, tak odmienny od tego, który zna moje pokolenie, miał niezaprzeczalny wpływ na polską mentalność. Tą generalną, narodową, ale także każdego wychowanego w poprzednim systemie. To w ludziach po prostu...siedzi. I Hanna Kowalewska oddała to idealnie. Bez przesadnego ubarwiania, nie jest to jednak twarda krytyka. Po prostu, bohaterom powieści przyszło żyć w takich czasach, w jakiś sposób sobie z nimi radzili, trochę narzekali. Z drugiej strony, nieświadomie przesiąknęli PRL-em.  
   Historia zakazanej miłości nie jest tu bez znaczenia. Zakazana, to może nie do końca trafne określenie. Jednak w małej miejscowości romans żonatej kobiety z młodszym mężczyzną nigdy nie ujdzie uwadze lokalnej społeczności i chyba jeszcze się nie zdarzyło, by został dobrze odebrany. To dodaje...pikanterii. Ale też takiej normalności. 
   Nie zawiodłam się. Pochodziłam po polach, posłuchałam o PRL-u, którego nie znam tylko w teorii, bo w praktyce wszystkie opowieści, których słuchałam i słucham do dziś, powodują, że prawie wiem, jak to było stać w kolejkach przez całą dobę.  
    Do poczytania podczas wakacji na polskiej wsi. Albo tak jak u mnie, w mieście, w tęsknocie za sielanką, za tym co polskie, bez koloryzowania, ale też nie w czerni i bieli. Może w sepii? Sepia ma swój klimat :). 
    

poniedziałek, 1 maja 2017

Ludzie i zwierzęta- Antonina Żabińska

     Słyszeliście o filmie "Azyl"? Albo książce o tym samym tytule? Opowiadają one o kobiecie, żonie dyrektora Warszawskiego zoo, która w czasie wojny, razem z mężem, ukrywała w zoo Żydów. Pewnie jakiś hollywoodzki scenarzysta byłby w stanie wymyślić taką historię u nich, w Stanach. Jednak w Polsce...takie opowieści snuło życie. Tutaj życie Antoniny Żabińskiej, która absolutnie nie była postacią fikcyjną. Napisała nawet autobiografię, która to posłużyła później, jako baza do powstania "Azylu".
    "Ludzie i zwierzęta" to zbiór wspomnień, istotniejszych historii, życia Antoniny, jej rodziny i zwierząt z przerażająco realną wojną w tle.
   Czytając autobiografię miałam wrażenie, jakbym... słuchała opowieści mojej babci, Basi. Babcia, podobnie jak pani Żabińska jest z tego pokolenia, które swoje życie, rozwój osobisty, zawodowy, odłożyło na rzecz...przetrwania i pomocy innym. Wojna tak bardzo naznaczyła życie Żabińskich i zoo.
   To nie jest łzawa powieść, ale trudna historia napisana z oddaniem i klasą. Antonina Żabińska przekazuje czytelnikowi historię jednego, niesamowitego istnienia, z własną osobą w tle. To przede wszystkim świadectwo wojny i życia zoo, które tylko z pozoru w czasie wojny miało być skazane na klęskę.
   Wzrusza. Mnie za każdym razem, kiedy wojna odbijała się...na zwierzętach. Naturalnie, dramat ludzki jest głęboko przejmujący, ale rzadko zwraca się uwagę na to, co działo się ze wszystkim tym, co żywe. Tym bardziej w zoo, w centrum miasta.
   Ale i...daje nadzieje. I inspiruje. Do działania, do pochylenia głowy, nauki pokory. Mnie przede wszystkim jednak skłoniła do zastanowienia nad tym, że wojennych wspomnień będzie między nami...coraz mniej. Szkoda, bo tamte wydarzenia są nie tylko obrazem klęski i okrucieństwa, ale także heroizmu i postaw, o których moje pokolenie nawet w książkach już nie czyta...Szkoda. Piękna lektura.
 

piątek, 27 stycznia 2017

Amerykańska sielanka- Philip Roth

    Moje pierwsze spotkanie z Rothem. Dostał za nią nagrodę Pulitzera. Postanowiłam sprawdzić o co tyle hałasu, tym bardziej, że dzisiaj (27.01.17) swoją premierę ma film nakręcony na podstawie książki, w reżyserii Ewana McGregora, który jest jednocześnie odtwórcą głównej roli, wciela się w Szweda Levova.
   Ameryka lat 60-tych, przykładna, sielankowa, rodzina Levovów. On prowadzi przejętą po ojcu fabrykę rękawiczek, ona, była miss New Jersey, gospodarstwo. Mają córkę, jedynaczkę Merry. Jest niemal idealna, odzwierciedlenie wszystkich wyobrażeń o doskonałym dziecku. Ma tylko jedną wadę. Jąka się. I kiedy dorasta, zmienia poglądy polityczne na skrajnie odmienne od tych rodziców. Angażuje się w ruch przeciwko wojnie w Wietnamie do tego stopnia, że podkłada bombę pod sklep. W zamachu ginie człowiek. Marry znika. Życie Levovów nigdy już nie będzie takie samo.
   Trudna historia, chociaż jednowątkowa i skupiona wokół wewnętrznych rozterek Szweda, pod względem interpretacji i wyciągniętych wniosków, bardzo wielowątkowa.
   Po pierwsze to obraz Ameryki, której my, Polacy, prawie nie znamy. Śmiejemy się z Amerykanów, że nie wiedzą, gdzie jest Polska, ale sami o historii Stanów wiemy bardzo niewiele. Świadectwo wewnętrznej historii Amerykanów, pierwszych aktów terroru i tego, jak bardzo decyzje polityczne tam, na górze, zmieniają życie zwykłych obywateli.
   Dla mnie jednak, "Amerykańska sielanka" to przede wszystkim doskonale skonstruowany portret psychologiczny ojca, człowieka. Szwed podejmuje decyzje dyktowane zdrowym rozsądkiem, a nie ojcowską miłością. Żyje tak, jak wydaje mu się, że wszyscy od niego oczekują, czyli...nijak. Nie potrafi uderzyć pięścią w stół, krzyknąć, sprzeciwić się, ani nawet rozpłakać. Nie potrafi nawet uratować własnego dziecka. Książka to świadectwo trudnej walki, jaką główny bohater toczy sam ze sobą, w imię dobrych manier, wychowania, pod presją społeczeństwa.
   Trudna i fascynująca jednocześnie. Doskonała narracja Philipa Rotha, przez "Amerykańską sielankę" po prostu się płynie. Chociaż po bardzo wzburzonym oceanie.
   Jeżeli natomiast chodzi o film, to obejrzyjcie zwiastun, mnie wciągnął i z pewnością wybiorę się do kina.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Muza- Jessie Burton


   Moje pierwsze spotkanie z autorką. Zachwycona przepiękną okładką, od razu rozpoczęłam lekturę. W jednej chwili weszłam w historię Odelle, trudno było mi się oderwać. Z czasem...było coraz trudniej.
  Odelle marzy o zostaniu pisarką. Jest młoda, dopiero przyjechała do Londynu i próbuje odnaleźć się w egzotycznym dla niej miejscu. Znajduje pracę, która nie jest może spełnieniem jest marzeń, ale w bardzo luźny sposób łączy się z pisaniem. Tam poznaje panią Quick. Nieco później poznaje Lewrie'go. Lewrie w spadku po mamie otrzymał pewien obraz...
   W przedwojennej Hiszpanii żyje rodzina Schloss. Piękna Sara, cierpiąca na nieustanną melancholię, Harold- mecenas sztuki i ich córka, Olivia. Artystka. Pewnego dnia do ich drzwi puka Izaak i Teresa. Rodzeństwo chce pomóc w pracach domowych, powstaje pewien obraz...
   Jessie Burton pisze tak, że przyjemnością nie jest nawet śledzenie fabuły, ale po prostu lektura sama w sobie. Powieść początkowo nie zaskakuje, czytelnikowi wydaje się, że obydwie historie połączą się prędzej czy później i to pewnie w dość przewidywalny sposób. Nic bardziej mylnego. Mam jednak wrażenie, że nie to jest w tej powieści najważniejsze.
   Nie ma szaleństwa, szokowania przemocą, erotyzmem, niemożliwą opowieścią. Jest spokojna, wciągająca powieść. Taka, którą poleca się przyjaciółce, kupuje mamie na Święta z pewnością, że spędzi z nią przyjemne chwile. Do czytania, z kubkiem herbaty, w zimowy wieczór. Zakończenie zostawi Was z lekko rozchylonymi ustami :).

wtorek, 18 października 2016

Jeszcze jeden oddech- Paul Kalanithi

    Naprawdę rzadko sięgam po smutne książki. Wydaje mi się, że świat codziennie dostarcza mi odpowiednią ilość zmartwień, tym bardziej, że ja naprawdę przeżywam losy bohaterów. Kiedy już zdecyduję się na coś tak poważnego, oczekuję dobrej literatury, emocji i przede wszystkim- morału trudnej sytuacji.
  Paul Kalanithi był neurochirurgiem. Młody, ambitny (prawie) lekarz czuł się niemal nieśmiertelny. Mimo, że prawie codziennie obcował ze śmiercią lub trwałym kalectwem, nigdy nie myślał, że ta może kiedyś dotyczyć jego. Jeszcze nie. Do czasu, kiedy zaczął czuć się źle. Będąc lekarzem, potrafił sam zdiagnozować swoje objawy. Rak płuc. Wyrok? Śmierć? Trwały uszczerbek na zdrowiu? Chemioterapia? Przeżuty? Paul zdawał się słyszeć to wszystko po raz pierwszy w życiu. Pierwszy raz dotyczyły jego.
   Gdybym miała określić o czym jest ta książka, powiedziałabym, że o umieraniu. Gdybym natomiast miała określić jej nastrój, to z pewnością nie nazwałabym go smutnym. Raczej...Naukowym i...pięknym.
   Z pewnością ładunek emocjonalny w tej książce jest większy przez fakt, że jest to swego rodzaju autobiografia. Wiedząc, że wszystko, o czym pisze autor, jest prawdą i miało miejsce w rzeczywistości...książkę czyta się z zapartym tchem. Odkrywa przed czytelnikiem tajniki fascynującego ludzkiego umysłu, neurochirurgii. I owszem, to naprawdę dobrze się czyta.
  Zupełnie inaczej natomiast czyta się o chorobie Paula, o decyzji o dziecku, o tym, co postanowił na terminalnym etapie choroby. Możecie mi wierzyć lub nie, ale kiedy...nastąpiło nieuniknione, płakałam i kiwałam głową w geście zaprzeczenia. Ostatecznie jednak...ogarnął mnie spokój, nie strach.
   "Jeszcze jeden oddech" to książka o tym, że...nie jesteśmy nieśmiertelni. Nie przytłacza, ale skłania do przemyśleń. Trudno też nie zadać sobie pytania, czy nie lepiej byłoby, gdyby autor został pisarzem? Tylko wtedy nie napisałby czegoś tak ciekawego o naturze ludzkiego układu nerwowego. Jedna z lepszych książek tego roku.

niedziela, 5 czerwca 2016

Przeznaczeni- Katarzyna Grochola

 
 Długo kazała nam czekać. Chyba najbardziej rozpoznawalna twarz polskiej literatury kobiecej wraca znienacka, z bardzo tajemniczą powieścią. Nagle we wszystkich gazetach widzę jej zdjęcie i czytam, że dopiero po "Przeznaczonych" poczuła, że jest pisarką. Nowa, czy tamta "poprzednia" odsłona Grocholi? Którą z nich pokochają czytelnicy?
  Kilka z pozoru nie mające ze sobą nic wspólnego opowieści. Olin, popularna pisarka, która razem ze swoim kochankiem planuje wyjazd do Kanady. Jerry, który z jednego uzależnienia uciekł w kolejne. Naiwny Kuba, który próbuje odnaleźć swoje miejsce w wielkim biznesie. Krupierka, której życie w ogromnym stopniu zdominowała praca w kasynie i Mateusz, tajemniczy...amant?
  Żadnej z historii nie można nazwać błahą, lekką. Opowiadają o tym, co trudne jednak nie dramatyczne, tragiczne. Losy bohaterów to przede wszystkim to, co dzieje się w ich umysłach. Wszyscy bowiem bardzo skutecznie gmatwają sobie losy. I to chyba stanowi wartość tej książki. Czynnik, przez który trudno się od niej oderwać.
  Trudno też nie zwrócić uwagi na rozbieżność Grocholi z "Przeznaczonych" z tą...znajomą. Obawiam się, że grono jej stałych czytelników to zupełnie inny odbiorca, niż ten, który sięgnąłby po jej najnowszą powieść. Nie chcę żadnej z grup umniejszać, bynajmniej! Jednak powiedzmy sobie szczerze, Grochola bawiła, śmieszyła, rozkochiwała w lekkiej kobiecej prozie, po którą każda z nas z przyjemnością sięgała. Tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie innym.
Czy polecam? Tak. Książka z gatunku literatury...trudnej, chociaż nie do łez. Pięknej, chociaż lekko przegadanej. Jeżeli Grochola zostanie w tej formie i to właśnie ona daje jej prawdziwe spełnienie, z przyjemnością sięgnę po kolejną jej książkę.
 
 

poniedziałek, 9 maja 2016

Przed premierą:Czar Chanel- Coco Chanel, Paul Morand, ilustracje Karl Lagerfeld


Powiedzieć o Coco ikona to za mało. W rzeczywistości nazywała się Coco Bonheur Chanel, bonheur oznacza szczęście. Znacznie bardziej pasowałoby jej jednak Coco la Revolution Chanel. Gwiazda, którą, jak sama twierdziła, nigdy nie chciała zostać, a której blask widzimy doskonale po dziś dzień.
  "Czar Chanel" to krótka i niestety, bardzo wybiórcza opowieść o życiu kobiety, która zmieniła świat mody...nieodwracalnie. Historię spisał Paul Morand, ubarwił swoimi ilustracjami Karl Lagerfeld, który od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku zawiaduje spuścizną Chanel.
  Czytałam jakiś czas temu inną biografię Coco, czytałam o jej geniuszu, o tym, jak możemy się nią inspirować w dzisiejszych czasach, a nawet jak zdobyć prawdziwy, zaprojektowany przez samą Chanel, a nie jej następców żakiet. Nigdy natomiast nie czytałam jej własnych słów.
  Coco uchodziła za osobę ekscentryczną, choć sama w ogóle tak o sobie nie myślała. Czuła się bardziej rzemieślnikiem niż artystką. W jej biografii jest wiele aspektów, które sama ona albo pomijała, albo ubarwiała. Tak również jest i tutaj. Tylko...czy to ma jakiekolwiek znacznie dzisiaj? Myślę, że nie. Doskonale natomiast poznać Chanel taką, jaką widziała ona samą siebie. I nie tylko siebie, ale cały ówczesny artystyczny świat.
  Co do ilustracji, nadały książce coś...ekskluzywnego. To trochę tak, jakby Karl wziął właśnie mój egzemplarz książki i podczas lektury rysował w przypływie natchnienia, na marginesach małe portrety wielkich postaci. Trudno oprzeć się pokusie by po raz kolejny przesunąć palcem po zarysowanej stronie tylko po to, by sprawdzić czy nie rozmaże się na niej węgiel...
  "Czar Chanel" to spacer po starym Paryżu, opowieść o wielkich ludziach, których wtedy można było spotkać na ulicach Miasta Świateł. To cafe au lait wypita na rogu rue du Cambon z Coco Chanel przy naszym stoliku.

poniedziałek, 14 marca 2016

Jak być glam- Fleur de Force


 Wiosna, a nawet jej bliskość, skłania nas do zmian. Do generalnych porządków. Może w tym roku zamiast po raz kolejny odgruzowywać szafę (ok, spójrzmy na to obiektywnie. Za tydzień będzie w niej dokładnie taki sam bałagan, jak przed porządkami), tym razem zrobić coś dla siebie?
   Fleur de Force jest blogerką, youtuberką. Prowadzi bloga o tematyce urodowej. To samo znajdziemy w jej książce. To samo tylko...troszkę więcej :)
  Fleur zaczyna książkę od tego, jak zawsze podziwiała idealne dziewczyny. Takie, które nawet po całym dniu mają doskonały makijaż i ułożone, świeże włosy. Każda z nas, Fleur też, z zazdrością spogląda w ich kierunku. Jak one to robią? Autorka książki postanowiła to sprawdzić zakładając bloga. Blog w krótkim czasie zyskał na popularności. Fleur de Force ma na koncie pierwszą książkę, ma nawet własny sklep internetowy. Przestała natomiast gonić za ideałem. Zamiast tego, dzieli się ze swoimi czytelnikami tym, jak być piękną. I szczęśliwą, a nie zostać nijaką kopią trendów z kolorowych pism.
   Weź zatem książkę, nalej do wanny dużo gorącej wody. Nałóż domową maseczkę na twarz i włosy (przepis znajdziesz w książce). Zanurz się w wodzie i...oddaj lekturze, która mam nadzieję, zmobilizuje Cię do pomyślenia o sobie. Z okazji wiosny. A może w jednym z ostatnich rozdziałów znajdziesz inspirację do założenia własnego kanału na YT albo bloga? Wiosną świat stoi przed nami otworem. Wystarczy tylko do niego wyjść. Niech tak książka będzie pierwszym krokiem w dobrą stronę :)

czwartek, 10 marca 2016

Audrey w domu- Luca Dotti

   Czy u Waszej babci była taka szuflada pełna starych zdjęć? Zdjęć cioć, wujków, dziadków z lat młodości i Waszych rodziców, kiedy byli mali? Nikogo z tych zdjęć nie mieliście prawa pamiętać, albo chociaż rozpoznawać, a mimo to, ciągle do niej zaglądaliście?
  A pamiętacie może stary zeszyt babci z przepisami? Ten, w którym babcia skrywała przepisy na najpyszniejsze dania Waszego dzieciństwa?
  Ta książka jest połączeniem właśnie tych dwóch rzeczy.
  Luca Dotti jest synem jednej z największych gwiazd kina, Audrey Hepburn i Adrei Dottiego, sławnego psychiatry. Na co dzień prowadzi Fundację im. Audrey Hepburn pomagającą dzieciom na całym świecie. Po wielu latach od śmierci matki postanowił podzielić się tym, co matka zostawiła mu najcenniejszego- wspomnieniami prawdziwej Audrey. Tej, której nie zobaczymy w "Rzymskich wakacjach". Tej, którą znała wyłącznie jej rodzina i przyjaciele.
  Nie jestem specjalną fanką Audrey. Uwielbiam ją jako aktorkę, doceniam filmowe kreacje i ogromnie podziwiam za niepowtarzalną urodę i to, że pozostała ikoną. Prawdziwą kobietą, przepiękną, posągową. Rzadko też sięgam po biografie. Zrobiłam wyjątek i...nie zawiodłam się. Ta książka jest po prostu...ciepła. Ciepła, jak gorąca herbata, jak wspomnienia, jak Rzym wiosną. Jednak uwaga! Naprawdę trudno ją przeczytać bez ugotowania spaghetti. Na samo wspomnienie robię się głodna. Nie, nie z powodu przepisów. Raczej dzięki temu, jak Dotti wprowadza w nie czytelnika, jak do każdej potrawy opowiada historię z życia swojej mamy.
  Skończyłam lekturę z poczuciem, że poznałam życie Audrey Hepburn z najlepszej strony. Zobaczyłam w niej kobietę, której życie naznaczyła wojna i głód, która tak jak my, miała kompleksy i która w doskonały sposób postanowiła wykorzystać swoją sławę. Z przyjemnością oglądałam przepiękne fotografie (najpiękniejsze są te zupełnie prywatne, takie ze spotkań z przyjaciółmi, takie...swojskie, znajome). Pozostały ze mną wspaniałe przepisy i z pewnością jeszcze nie raz sięgnę po "Audrey w domu". Naprawdę polecam. Do przeczytania i wracania wiele razy.
 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Spełnienia marzeń- Katarzyna Michalak

   Pozostaję wierna pani Kasi. Od pewnego czasu czytam każdą jej nową powieść.  Na "Spełnienia marzeń" autorka kazała nam naprawdę długo czekać...
   Klaudia właśnie skończyła osiemnaście lat i...postanowiła uciec z domu. Domu, który skrywa koszmar. Przeprowadza się na Czereśniową, do maleńkiego starego domku. W poszukiwaniu pracy trafia kilka domów dalej, do Kamila. Młody człowiek w wyniku pewnego wypadku stracił wzrok. Co ich połączy? Nic oczywistego :).
  Nawet jeżeli na początku sytuacja wydaje się być oczywista, a zakończenie przewidywalne, książka zaskakuje. Po drodze w akcję wplątuje się masa złych ludzi, dokładnie jak w zwyczajnym, nieprzesłodzonym życiu. Historia Klaudii już sama w sobie jest dość...straszna. W każdym momencie, w którym czytelnikowi wydaje się, że bohaterowie w końcu wyjdą na prostą, pojawia się ktoś...coś. Z pozoru idylliczne miejsce, piękna historia, nie pozwala jednak odczuć czytelnikowi, że "Spełnienia marzeń" jest odrealniona. Nie jest.
  Przy tym wszystkim, to historia, którą mogła napisać tylko Katarzyna Michalak. Warszawa, a tu miejsce tak magiczne i...wiejskie. Beznadziejna sytuacja, która wydaje się, nie doczeka się happy-endu.
  Katarzyna Michalak w formie. Książka warta polecenia. Wiosenna, przyjemnie obyczajowa...Na leniwy weekend, albo deszczowy wieczór.

 

sobota, 10 października 2015

Błąd w zeznaniach- Sophie Hannah

  Jesienią coraz więcej czasu przychodzi nam spędzać w ciemnościach. Pod nogami szeleszczą liście, lampa na ulicy gaśnie co kilka minut. Znikąd zrywa się przenikliwie zimny wiatr. Jesienna aura jest po prostu, z samej swojej definicji troszkę straszna. Nic dziwnego, że Amerykanie właśnie wtedy obchodzą Halloween. I nam gdzieś coraz bliżej do tego święta. Nie chciałabym jednak zaczynać polemiki na temat świeckich świąt. Jedno jest pewne. Jesienią straszy bardziej niż kiedykolwiek. Dlatego też jesienią częściej sięgamy po kryminały.
   Od kryminału natomiast całkiem niedaleko do...thrillera. Psychologicznego, żeby było na poważnie. I przejmująco.
   Dwa równorzędne wątki, które z pozoru nie mogą się w żaden sposób ze sobą połączyć. Nicki jest żoną, matką dwójki dzieci. Od czasu do czasu zagląda do sieci, gdzie utrzymuje stały kontakt z pewnym mężczyzną. Ale czy samą korespondencję można od razu nazwać zdradą?
  Kilka przecznic dalej zamordowano pewnego bardzo kontrowersyjnego dziennikarza. Damon Blundy za życia zdążył zaleźć za skórę chyba wszystkim, dlatego też krąg podejrzanych jest naprawdę ogromny. Co więcej, morderstwo popełniono w bardzo dziwny sposób.
  Nicki przypadkowo znajduje się na ulicy, na której zabito Damona. To jednak autentyczny przypadek, przejeżdża tam bowiem do szkoły swoich dzieci. Zupełnie natomiast nieprzypadkowo jej komentarze znajdują się pod każdym felietonem Bundy'ego. Tylko czy gdyby to ona zabiła, książka w ogóle miałaby jakikolwiek sens? Czy to nie zbyt oczywiste?
  Jeżeli miałabym wypowiedzieć się o tej książce jednym zdaniem, to jest ona po prostu....popieprzona. Ni mniej ni więcej. Akcja wciąga w straszny, dziwaczny sposób. Z jednej strony trudno się oderwać, z drugiej natomiast coraz bardziej otwierały mi się oczy. Ile kłamstwa ma w sobie jeden człowiek? Jak nienormalnym trzeba być, by publicznie się ośmieszać, a potajemnie romansować?
  Pod koniec książki dość szybko domyśliłam się kto zabił. Nie rozwiązywało to jednak wcale wszystkich zagadek. Od tych aż roi się w całej fabule.
  Jeżeli już nie świętujemy Halloween, to sprawmy sobie chociaż taką...dziwną, straszliwą przyjemność.