Wiele razy zachwycałam się książkami autorki. Dowodów można szukać tutaj. Ostatnia książka autorki, Never never...Zawiodła. Na szczęście kolejna, 9 november ma swoją premierę dzisiaj (9.11 naturalnie) i...pozwoli szybko zapomnieć o pozostawiającym wiele do życzenia zakończeniu Never never.
Dla Fallon, głównej bohaterki, 9 listopada to data szczególna. Tego dnia miał bowiem miejsce pożar, w którym ucierpiało jej ciało, a w konsekwencji kariera i pewność siebie. Dla Bena ten dzień też będzie szczególny. Przypadek sprawia, że jest świadkiem rozmowy Fallon z ojcem. Postanawia stanąć w jej obronie i udawać, że są parą. Żadne z nich nie wie jeszcze, że przypadkowa gra jest w rzeczywistości czymś znacznie poważniejszym. Jedno z nich nie jest do końca szczere...
9 november to sto procent Hoover w Hoover :). Nawet jeżeli nie do końca wierzyłam w tę książkę na początku, z każdą kolejną stroną nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Kilka zwrotów akcji tak bardzo kwestionuje to, czego czytelnik dowiaduje się wcześniej, że naprawdę trudno się oderwać. Dobrze, gdyby spojrzeć na akcję w całości, wydaje się nieco naciągana, może w niewielkim stopniu...nierealna, ale...Czy nie taka jest istota fikcji literackiej?
Historia trudna, jak na Colleen Hoover przystało. Chociaż więcej tu intrygi, niemal kryminału, niż romansu. Do pochłonięcia w jeden wieczór. Niesamowicie jesienna. Dla stałych fanów Colleen, dla tych, którzy jeszcze jej nie znają ale przede wszystkim polecam tym, którzy do teraz nie mogli się do niej przekonać.
środa, 9 listopada 2016
sobota, 5 listopada 2016
Biografia Leopolda Tyrmanda- Marcel Woźniak
Etykiety:
2016,
biografia,
leopold tymand,
marcel woźniak,
Recenzja,
wydawnictwo mg
Istnieje teoria dotycząca biografii, która mówi o tym, że to, w jaki sposób autor przedstawi swojego bohatera, może na zawsze zmienić jego obraz w naszych oczach. Zbędny dramatyzm. Jedno jest natomiast pewne. Autor przedstawi bohatera tak, jak sam go widzi. O tym, czy biografia jest dobra czy nie, świadczy dla mnie miejsce, które autor zostawi dla czytelnika, by ten sam mógł wybrać istotne fakty i na ich podstawie stworzyć własny obraz bohatera. Czy udało mi się zatem stworzyć własny obraz Leopolda Tyrmanda?
O Tyrmandzie słyszeli niemal wszyscy. Każdy jednak słyszał co innego. Że jazz, że Zły, że kolorowe skarpetki i Ameryka. Twórczość Tyrmanda przeżywa renesans. Dzisiejszy czytelnik jest jednak przyzwyczajony do ekshibicjonizmu, lubi wiedzieć, co jego ulubiony pisarz jadał na śniadanie. Autor biografii podjął się bardzo trudnego zadania, odszyfrowania życia Tyrmanda, na podstawie tego, co ten po sobie zostawił.
Początkowo przytłoczył mnie nadmiar informacji. Wszystkie one były jednak, wydaje mi się, konieczne, by móc zrozumieć historię Tyrmanda w całości. Z każdą kolejną stroną z chaosu wyłania się coraz ciekawsza postać Leopolda Tyrmanda. Marcel rozszyfrowuje tajemnice i niedopowiedzenia, które narosły wokół bohatera biografii. Wszystko to popiera jego słowami. Dzięki temu, miałam ogromne wrażenie, że to naprawdę historia Tyrmanda, a nie zlepek subiektywnie wybranych fragmentów z jego życia. Ciekawy zarys historyczny, długa życiowa droga bohatera, a wszystko w oparciu, albo ścisłej korelacji z tym, co Tyrmand tworzył.
Tak naprawdę jednak, moje zdanie na temat tej książki definitywnie ukształtowało się dopiero przy epilogu. Marcel opowiada tu o swoim spotkaniu z dziećmi Tyrmanda, Matthew i Rebeccą. O tyle, o ile cała książka jest niesamowicie obiektywna i pozbawiona subiektywnej oceny, tutaj...historia Leopolda Tyrmanda odznaczyła swoje piętno. Na całym życiu bliźniaków. Rozmowa z Rebeccą jest idealnym podsumowaniem całości. Wzrusza.
Świetny debiut, mam nadzieję, początek literackiej drogi. Kawał dobrej roboty Marcel! :)
wtorek, 18 października 2016
Jeszcze jeden oddech- Paul Kalanithi
Etykiety:
2016,
jesień,
jeszcze jeden oddech,
paul kalanithi,
Recenzja,
wydawnictwo literackie
Naprawdę rzadko sięgam po smutne książki. Wydaje mi się, że świat codziennie dostarcza mi odpowiednią ilość zmartwień, tym bardziej, że ja naprawdę przeżywam losy bohaterów. Kiedy już zdecyduję się na coś tak poważnego, oczekuję dobrej literatury, emocji i przede wszystkim- morału trudnej sytuacji.
Paul Kalanithi był neurochirurgiem. Młody, ambitny (prawie) lekarz czuł się niemal nieśmiertelny. Mimo, że prawie codziennie obcował ze śmiercią lub trwałym kalectwem, nigdy nie myślał, że ta może kiedyś dotyczyć jego. Jeszcze nie. Do czasu, kiedy zaczął czuć się źle. Będąc lekarzem, potrafił sam zdiagnozować swoje objawy. Rak płuc. Wyrok? Śmierć? Trwały uszczerbek na zdrowiu? Chemioterapia? Przeżuty? Paul zdawał się słyszeć to wszystko po raz pierwszy w życiu. Pierwszy raz dotyczyły jego.
Gdybym miała określić o czym jest ta książka, powiedziałabym, że o umieraniu. Gdybym natomiast miała określić jej nastrój, to z pewnością nie nazwałabym go smutnym. Raczej...Naukowym i...pięknym.
Z pewnością ładunek emocjonalny w tej książce jest większy przez fakt, że jest to swego rodzaju autobiografia. Wiedząc, że wszystko, o czym pisze autor, jest prawdą i miało miejsce w rzeczywistości...książkę czyta się z zapartym tchem. Odkrywa przed czytelnikiem tajniki fascynującego ludzkiego umysłu, neurochirurgii. I owszem, to naprawdę dobrze się czyta.
Zupełnie inaczej natomiast czyta się o chorobie Paula, o decyzji o dziecku, o tym, co postanowił na terminalnym etapie choroby. Możecie mi wierzyć lub nie, ale kiedy...nastąpiło nieuniknione, płakałam i kiwałam głową w geście zaprzeczenia. Ostatecznie jednak...ogarnął mnie spokój, nie strach.
"Jeszcze jeden oddech" to książka o tym, że...nie jesteśmy nieśmiertelni. Nie przytłacza, ale skłania do przemyśleń. Trudno też nie zadać sobie pytania, czy nie lepiej byłoby, gdyby autor został pisarzem? Tylko wtedy nie napisałby czegoś tak ciekawego o naturze ludzkiego układu nerwowego. Jedna z lepszych książek tego roku.
Paul Kalanithi był neurochirurgiem. Młody, ambitny (prawie) lekarz czuł się niemal nieśmiertelny. Mimo, że prawie codziennie obcował ze śmiercią lub trwałym kalectwem, nigdy nie myślał, że ta może kiedyś dotyczyć jego. Jeszcze nie. Do czasu, kiedy zaczął czuć się źle. Będąc lekarzem, potrafił sam zdiagnozować swoje objawy. Rak płuc. Wyrok? Śmierć? Trwały uszczerbek na zdrowiu? Chemioterapia? Przeżuty? Paul zdawał się słyszeć to wszystko po raz pierwszy w życiu. Pierwszy raz dotyczyły jego.
Gdybym miała określić o czym jest ta książka, powiedziałabym, że o umieraniu. Gdybym natomiast miała określić jej nastrój, to z pewnością nie nazwałabym go smutnym. Raczej...Naukowym i...pięknym.
Z pewnością ładunek emocjonalny w tej książce jest większy przez fakt, że jest to swego rodzaju autobiografia. Wiedząc, że wszystko, o czym pisze autor, jest prawdą i miało miejsce w rzeczywistości...książkę czyta się z zapartym tchem. Odkrywa przed czytelnikiem tajniki fascynującego ludzkiego umysłu, neurochirurgii. I owszem, to naprawdę dobrze się czyta.
Zupełnie inaczej natomiast czyta się o chorobie Paula, o decyzji o dziecku, o tym, co postanowił na terminalnym etapie choroby. Możecie mi wierzyć lub nie, ale kiedy...nastąpiło nieuniknione, płakałam i kiwałam głową w geście zaprzeczenia. Ostatecznie jednak...ogarnął mnie spokój, nie strach.
"Jeszcze jeden oddech" to książka o tym, że...nie jesteśmy nieśmiertelni. Nie przytłacza, ale skłania do przemyśleń. Trudno też nie zadać sobie pytania, czy nie lepiej byłoby, gdyby autor został pisarzem? Tylko wtedy nie napisałby czegoś tak ciekawego o naturze ludzkiego układu nerwowego. Jedna z lepszych książek tego roku.


