Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka litera. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 grudnia 2020

Dorzuć mnie do prezentu- Agnieszka Błażyńska

 
    Ta książka to zbiór opowieści. Losy bohaterów wzajemnie się ze sobą splatają. Bohaterka pierwszego opowiadania przeżywa Boże Narodzenie w samotności, bo z własnej nieroztropności zaraziła się koronawirusem. Kolejni bohaterowie mają ogrom przygotować do rodzinnej Wigilii na naście osób, dzieci spędzają Święta bez swoich rodziców, którzy wyjechali za granicę, żeby zarobić na spłatę kredytu. 

    To, co urzekło mnie poprzednim razem, znalazłam i w "Dorzuć mnie do prezentu". To niewymuszone poczucie humoru. Poza tym akcja książki jest bardzo współczesna, bo autorka wplata w fabułę to, co jest naszą codziennością, wirusa. I zwraca uwagę, na samym początku na to, co pewnie wielu z nas (chociaż nikomu tego nie życzę!) może spotkać- świąteczna izolacja. Smutna, okrutna rzeczywistość. Bohaterce tego opowiadania przydarza się jednak coś wspaniałego. Pięknego, romantycznego, chociaż nie może spotykać się zupełnie z nikim i nie wychodzi z domu. Zakochanie w czasie pandemii- bardzo współczesne ale opisane w piękny sposób. 

    Święta są w tej książce polskie, piękne, tradycyjne. Ze wszystkimi swoimi tradycyjnymi narzekaniami, teściowymi, którym wiecznie coś nie pasuje, prezentami, które kupuje się na ostatnią chwilę. Ale też z tym, co ja uwielbiam w powieściach świątecznych najmocniej- odrobiną magii, na którą czekam cały rok. Tą magiczną cząstką nadziei na mały, codzienny cud. Zabawna, romantyczna i taka przepięknie codzienna. 

środa, 25 marca 2020

Czarne morze- Karolina Macios

    Joanna od dziecka ma dziwny dar. Kiedy dotknie czyjejś dłoni, widzi okropne rzeczy, które przydarzyły się temu człowiekowi. Jako dziecko jest traktowana jak lokalna wróżka. Dopiero kiedy jej ciotka, psychiatra, zabiera ją na oddział, ordynuje leki, okazuje się, że to, co początkowo wszyscy brali za siły nadprzyrodzone, było tylko zaburzeniem. Teraz jednak, w życiu Joanny dzieje się coś dziwnego. Po niegroźnym wypadku samochodowym Joanna bardzo długo dochodzi do siebie. Rzeczywistość miesza jej się z sennymi koszmarami. Nawiedzają ją dziwne obrazy, których nie potrafi z niczym połączyć. Przede wszystkim jednak nie wie, gdzie jest jej dziecko? Komu powinna ufać? Swojemu poharatanemu umysłowi, czy mężowi, który nie mówi jej całej prawdy? 
    Kiedy czytałam opis "Czarnego morza" widziałam to niesamowite miejsce, klif w Gdyni. Piękne latem ale w jakiś sposób przerażające. Widać tam, że przyroda nic nie robi sobie z działań człowieka. Morze zabiera tam to, co do niego należy, a człowiekowi pozostaje tylko biernie się temu przyglądać. To idealne miejsce na thriller. Poza tym tak mało mamy świetnych, polskich thrillerów. Byłam bardzo ciekawa. 
    Ta historia jest dziwna, wymyka się schematom, jest nieprzewidywalna. Trzyma w napięciu, chociaż nie dlatego, że dzieją się w niej straszne rzeczy, raczej dlatego, że czytelnik kompletnie nie wie, czego się po niej spodziewać. Czytając, widzimy wszystko głównie z perspektywy Joanny i, podobnie jak ona, nie wiemy, co jest rzeczywistością, a co koszmarnym wymysłem. Ciężko jest zrozumieć to, co dzieje się w jej umyśle, z drugiej strony, nie wzbudza ona współczucia, raczej...strach. Nie ma złych i dobrych bohaterów, trudno też domyślić się, jak rozwiąże się fabuła. 
    "Czarne morze" to historia bardzo psychologiczna. Mniej tu z thrillera, więcej grania na emocjach, takiego psychologicznego poplątania, na granicy z poważnym zaburzeniem. Czyta się jednym tchem, wciąga w dziwny, pokrętny sposób. Długo nie daje o sobie zapomnieć, głównie przez bohaterkę, Joannę. Świetny początek, czekam na więcej!

piątek, 7 grudnia 2018

Do Wigilii się zagoi- Agnieszka Błażyńska

       
   Kolejna świąteczna propozycja, tym razem debiut Agnieszki Błażyńskiej, który ukazał się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.
            Finka (od Józefina) jest fotografem. Wracając do Polski, na lotnisku wpada na bardzo przystojnego mężczyznę. Robi mu zdjęcie. Jej przyjaciółka postanawia wrzucić je do sieci, żeby pomóc Fince w znalezieniu modela. Niestety, zdjęcie szybko zostaje memem. Wiemy, że raz wrzucone do sieci zdjęcie, zostaje tam na zawsze. Rafał, którego wizerunek widnieje na zdjęciu, też właśnie wrócił do kraju. Nie spodziewa się burzy, która rozpęta się za chwilę wokół jego osoby. Ale ma przy sobie przyjaciela prawnika. Finka natomiast, Martynę, która wrzuciła zdjęcie do sieci. Czy uda się to wszystko odkręcić do Wigilii?
            Powieści świąteczne są do siebie dość podobne. Zawsze pada śnieg, ktoś nie wierzy w Święta, ktoś spędzi je sam. W Wigilię wszystko się naprawia i nagle wszyscy bohaterowie są szczęśliwi. Tutaj jest...nieco inaczej.
            Pada śnieg, ale nie od razu ;-). Akcja książki zaczyna się bowiem jeszcze w listopadzie. Podobają mi się bohaterowie, bo nie są idealni. Główna bohaterka, Finka nie jest taką eteryczną romantyczną panną. Albo nawet jeżeli jest, to jest też bardzo ludzka, czytelnik poznaje ją od razu od wpadki, głupiego pomysłu. Od tego miejsca trudno było mi się oderwać od tej książki, czy w zasadzie...od samego początku ;-).
            Nie ma patosu Bożego Narodzenia, jest natomiast ciekawa akcja i dobrze napisani bohaterowie, tacy, którzy od razu wizualizowali się w mojej wyobraźni. Święta nie grają tu głównej roli, są dobrym tłem dla zabawnych wydarzeń.
            Wątków jest kilka ale nie znowu aż tyle, żeby nie móc się w nich połapać. Całość mam wrażenie, jest raczej, jako, że bohaterowie są młodzi, skierowana raczej do podobnej grupy wiekowej.            
            Wcale nie oznacza to jednak, że książka jest śmieszna i o niczym. Wręcz przeciwnie. Pojawiają się wątki, w szczególności jeden, o którym nie powiem zbyt wiele, który ma w sobie magię świątecznego cudu.
            Poleciłabym ją tym, którzy do Świąt mają raczej obojętny stosunek. Albo tym, którzy wręcz ich unikają i denerwuje ich, że od połowy listopada we wszystkich centrach handlowych stoją ogromne świecące choinki. Nie po to, by wróciła wiarę w Święta. Ale po to, by pozwoliła spojrzeń na nie w inny sposób, lekki? Zabawny? Bez patosu.
            Napis na okładce mówi, że na podstawie tej książki powinien powstać film. I...mógłby. Poszłabym na taki film do kina. I jestem pewna, że bawiłabym się doskonale ale...popłakałabym się na finale.

sobota, 19 maja 2018

Amy i Isabelle- Elizabeth Strout

     Elizabeth Strout jest jedną z tych autorek, o których bardzo dużo słyszałam, bardzo chciałam przeczytać, ale jakoś...nigdy nie wystarczało czasu. Tym sposobem zamiast zacząć, jak większość, od "Mam na imię Lucy" zaczęłam od "Amy i Isabelle", która oryginalnie jest jej debiutancką powieścią, wydaną właśnie w Polsce nakładem wydawnictwa Wielka Litera. 
     Dwie główne bohaterki i ich dwie historie. Isabelle, matka Amy, od lat pracuje w tym samym miejscu, mieszka sama z córką, jest powściągliwa i przez innych odbierana jako nieco sztywna. Amy jest nastolatką wchodzącą właśnie we wczesną dorosłość. Nie do końca wie, co się z nią dzieje, nie ma też śmiałości pytać o to matki. Ich relacja jest...trudna. Autorka opisuje ją jako niewidzialną czarną nić łączącą kobiety, która napina się w sytuacjach trudnych. Tych dostarcza Amy, kiedy poznaje nowego nauczyciela matematyki, pana Robertsona. Relacja nastolatki i nauczyciela daleko wykracza poza tę formalną i budzi w Amy ogrom wstydu. Do czasu...kiedy o wszystkim nie dowie się Isabelle. 
   Opis fabuły w ogóle nie oddaje świetności tej książki. Naprawdę, kiedy sama go czytałam, obawiałam się, że książka mnie znuży i trudno mi będzie dobrnąć do końca. Nic bardziej mylnego. Trudno było mi się oderwać. 
    Elizabeth Strout doskonale kreśli obraz małomiasteczkowej amerykańskiej społeczności. Doskonale pokazuje ramy, w których żyją mieszkańcy miasteczka. Co więcej, idealnie opisuje również ramy, w które jako samotna matka wpędza się Isabelle i w jakich nakazuje funkcjonować Amy. 
    Bunt nastolatki nie jest tu niczym oczywistym. Autorka pokazuje go jakby od środka, nie jako wszechwiedząca, ale jakby Amy była pierwszą nastolatką wchodzącą w ten trudny okres. Bo czy nie jest tak, że każdy z nas kiedy przez to przechodził, czuł, że coś jest nie tak i że z pewnością nikt z rówieśników nie przeżywa nic podobnego? 
    Na uwagę zasługuje tu jednak głównie gorzka relacja matki i córki. Matki, która za wszelką cenę próbuje ustrzec Amy przed błędami, które sama popełnia w młodości i jest tym tak bardzo pochłonięta, że nie zauważa, że córka robi właśnie to, czego Isabelle obawia się najbardziej. Co więcej, Isabelle zazdrości córce. To z pewnością jedna z ciemniejszych stron macierzyństwa i przypuszczam, że niemal żadna kobieta nie miałaby w sobie tyle odwagi, by przyznać się do tego, że zazdrości córce pierwszej miłości, pierwszego pocałunku... 
     Wielowątkowość i doskonale napisana historia. Doskonała na rozpoczęcie przygody z Elizabeth Strout. To nie jest powiastka, którą czyta się raz, a potem na zawsze odkłada na półkę, ale historia, którą chce się mieć w swojej bibliotece. 

niedziela, 8 października 2017

Duchy Jeremiego- Robert Rient

      Moje pierwsze spotkanie z Robertem Rientem. Niemal wszystko w opisie tej książki mówiło mi, że to nie jest lektura dla mnie, że przeczytam kilkanaście jej stron, a potem wyląduje w tym wstydliwym miejscu, do którego trafia wszystko z etykietą "kiedyś do ciebie wrócę". 
   Jeremi ma dwanaście lat, mieszka z mamą. Ojciec odszedł, bo, jak mówi Jeremi, był nieczuły. Ma przyjaciela Augusta, któremu może powiedzieć o wszystkim. Ma też dziadka, który przeżył Syberię, a teraz choruje na alshajmera, ciotkę Esterę i mamę, która jest chora. Jeremi wie, że mama jest chora na raka, lekarze pewnie też o tym wiedzą. Jeremi jednak boi się powiedzieć o tym mamie, wydaje mu się, że sama niczego się nie domyśla.  
    Tutaj nie chodzi o teraźniejszą akcję ale o to, co przeżywa Jeremi pod wpływem kolejnych nowości. Dziadek, który przeżył niesamowitą przygodę na Syberii? Dwunastolatek nie jest w stanie przyswoić tego, że survival, którego dziadek doświadczył, nie koniecznie był super zabawą. Alzheimer? Jeremi nawet nie wie, jak to napisać. Co z babcią? Babcia była Żydówką. Auschwitz? W jaki sposób wyjaśnić dziecku coś, czego dorośli nie rozumieją do dzisiaj? 
   Jeremi próbuje przewartościować swoje życie z bagażem, z którym niejeden dojrzały człowiek chodzi latami do terapeuty. I robi to znanymi sobie, dziecięcymi sposobami.  
   Trudno mi było zebrać myśli po lekturze "Duchów Jeremiego". Nie przychodzi mi do głowy bardziej idealnej określenie niż słodko-gorzka. Dziecięca naiwność Jeremiego rozczulała mnie na każdym kroku. Niemniej, kiedy miała się ona spotkać z tragedią nieuleczalnej choroby matki...Naprawdę trudno się nie rozpłakać.  
   Wzruszająca, bardzo trudna. Z pewnością jedna z tych, o których długo się pamięta i w zasadzie nie wiadomo jak je skomentować. Doskonała lekcja dla nas, dorosłych. 

środa, 30 sierpnia 2017

Dwoje- Anna Górecka, Andrzej Kopacki

 
   Powtarzam to chyba za każdym razem, kiedy sięgam po debiut, ale...naprawdę rzadko je czytam. Żyjemy w czasach, w których wydanie książki jest niemal tak łatwe, jak opublikowanie posta na Facebooku. Szkoda mi czasu na książki, które nic nie wnoszą. Ten debiut...wydał mi się jednak inny. Głównie za sprawą autorów, którzy w zasadzie...nie do końca są debiutantami.
    Anna Górecka jest tłumaczką, autorką publikacji na temat literatury węgierskiej. Andrzej Kopacki pisze o literaturze niemieckojęzycznej, również tłumacz. Trudno dwie poważne postaci nazwać debiutantami. Bardzo ciekawiło mnie, co mogą mieć do powiedzenia, kiedy wejdą w ramy powieści.
   "Dwoje" można chyba nazwać powieścią epistolarną. Czy ktoś jeszcze pamięta o tej formie? O "Les liaisons dangereuses"'- "Niebezpiecznych związkach"? Licealiści i studenci filologii romańskiej z pewnością ;-). No tak, bo kto w dzisiejszych czasach pisze listy...Otóż bohaterowie powieści "Dwoje". Nie piszą do siebie, bynajmniej. Ona wspomina miłość sprzed lat, wydaje się, że ciągle nią żyje. On, na zakręcie życia, w szpitalu spotyka dawnego trenera w śpiączce. To do niego kieruje swoje listy. Spotykają się, a i to za duże słowo, przypadkiem. On zauważa ją przez witrynę jej antykwariatu. Niby nic się nie zmienia, dorośli, dojrzali ludzie, nie ulegają iluzjom zauroczeń, jednak...jego listy zaczynają coraz bardziej opowiadać o kobiecie, ona przestaje wzdychać za dawnym kochankiem, wspomina mężczyznę widzianego przez szybę. Zanim ulegną, napiszą o tym wiele, wiele listów. Te będą najpiękniejsze. 
   Wydaje mi się, że autorzy postawili sobie ogromnie trudne zadanie. Przy pewnie sporym dorobku naukowym, napisać powieść, której główną ścieżką jest zakochanie...Czy się udało? Chyba nie mogło być lepiej. Każde słowo jest tu wyważone, trafione i piękne.  
  Dla samego obcowania z pięknymi zdaniami, to się po prostu bardzo przyjemnie czyta. Historia pięknej, dojrzałej miłości, jakich naprawdę mało w literackich nowościach. Pobudza wyobraźnię słowem, nie tanim chwytem. 
   Bardzo jesienna, albo trochę późno letnia. Z tą książką chce się spędzić noc. Czytałam z uśmiechem, z nostalgią, z rumieńcem. Najlepsze podsumowanie stanowi jednak fakt, że "Dwoje" rozkołysało mnie do tego stopnia, że chyba pierwszy raz w życiu napisałam list. Na zwykłym papierze, nie mail. Taki, który kończył się słowem tęsknię... 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Eksplozje- Janusz Leon Wiśniewski i inni

      Rok temu Wielka Litera wydała "Kulminacje" (moja recenzja), spotkanie opowiadań Wiśniewskiego z polskimi autorkami. W tym roku przyszedł czas na autorów.
   "Eksplozje", to podobnie jak "Kulminacje" zbiór opowiadań. Na każde opowiadanie Janusza Wiśniewskiego przypada jedno innego autora, między innymi poczytnego Alka Rogozińskiego, Tomasza Jastruna, czy A.J. Gabryela ("Kusiciel"). Ich opowiadania są odpowiedziami, kontynuacją, lub po prostu luźnym nawiązaniem do poprzedzających je opowiadań Wiśniewskiego.
   Wspaniale było mi przypomnieć sobie dawno przeczytane opowiadania Wiśniewskiego. Ciągle uważam, że żaden polski autor nie opowiada o kobiecie w taki sposób. Opowiadanie, z samej swojej definicji jest krótkie, kołyszące i zaskakuje pointą. O tyle, o ile Wiśniewski dawno już opanował tę sztukę do perfekcji, o tyle autorzy powieści, często luźno związanych z tematem relacji kobieta- mężczyzna, emocjami i uczuciami, mięli dużo trudniejsze zadanie. Tym bardziej, że ich opowiadania miały się w pewien sposób łączyć z tymi napisanymi przez Wiśniewskiego. Co z tego wyszło?
   Coś wspaniałego. Po prostu. Żaden z autorów nie dał się ponieść klimatowi i stylowi swojego przedmówcy, pozostając w stylistyce charakterystycznej dla samego siebie, łącząc jednak swoją historię ze wcześniejszym opowiadaniem.
   Opowiadanie Igora Brejdyganta zrobiło na mnie wrażenie. Postać ojca z "Syndromu przekleństwa Undine" aż prosił się o dopuszczenie do głosu. Odpowiedź Alka Rogozińskiego bardzo mnie zaskoczyła. Przyjemnie ukołysał mnie Tomasz Jastrun.  Najtrudniejsze jednak, moim zdaniem zadanie, otrzymał Ahsan Ridha Hassan, z opowiadaniem o żonie niemieckiego ministra propagandy, Goebbelsa. Minęło bardzo dużo czasu, pewne sprawy z drugiej wojny na zawsze pozostaną jednak nierozwiązane i niezrozumiane. Trudno też opowiedzieć to w ten sposób, żeby nie obrazić, delikatnego w tej materii czytelnika Polaka. A.R.Hassan w ogóle nie ukrywa, że on sam ma ambiwalentne odczucia względem Magdy Goebbels. Ta historia, pierwsza Wiśniewskiego i kontynuacja, poruszyła mną chyba najbardziej. Tym niemniej, wszyscy autorzy zasługują na gratulacje.
   "Eksplozje" to cała paleta emocji. Nie da się przeczytać ich za jednym zamachem. Po każdym opowiadaniu potrzebowałam chwili na oddech. I za każdym razem, kiedy czytałam odpowiedź, miałam poczucie, że autor doskonale podszedł do problemu i świetnie wybrnął z emocjonalnie zawiłych historii Janusza Leona Wiśniewskiego. Zastanawiam się...Czego możemy się spodziewać w przyszłym roku?