Zuzanna jest nowym pracownikiem Biura Przesyłek Niedoręczonych. Biuro to takie miejsce, w które trafiają wszystkie listy, paczki, pocztówki, które z różnych powodów nie dotarły do swoich adresatów. Muszą przeleżeć tam określony czas i jeżeli, jak dzieje się najczęściej, nikt się po nie zgłosi, zostają zutylizowane. Zniszczone. Do listów nikt nie zagląda, pracownicy nie mają takiego prawa. Do paczek, jeżeli zachodzi wyraźna potrzeba. Rozmaite przedmioty, które ludzie sobie wysyłają, czasami w zemście, z groźbą, albo jako dowód miłości, zawalają magazyn Biura.
Zuzanna razem z koleżanką z pracy, nie do końca przestrzegają zasad panujących w Biurze. Otwierają dwie, w zasadzie trzy przesyłki. I postanawiają pomóc ich nadawcom, w odnalezieniu siebie nawzajem.
Moje pierwsze spotkanie z autorką. Książka była dla mnie wielką niewiadomą, mimo to, zostawiłam ją na kilka dni przed Świętami, tak, żeby zbudowała nastrój. Zamiast padającego śniegu :).
Ciepła, zabawna, lekka. Przedświątecznie- idealna. Na prezent, również. Dla tych, którzy ciągle w proszku. Dla tych bardziej zorganizowanych, do kawy w Święta. Idealna alternatywa dla "Kevina...". Gorąco polecam!
Wybaczcie, że tak krótko. Książki świąteczne mają to do siebie, że smakują tylko sezonowo. Dlatego, między zwijaniem makowca, a ubieraniem choinki, w totalnym rozgardiaszu spieszę z recenzją. I, jeżeli jeszcze nie wybraliście lektury na Święta- gorąco polecam "Biuro Przesyłek Niedoręczonych". Z pewnością pozytywnie Was zaskoczy!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pascal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pascal. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 grudnia 2016
wtorek, 12 stycznia 2016
Dziecko śniegu- Eowyn Ivey
Etykiety:
2016,
dziecko śniegu,
eowyn ivey,
pascal,
Recenzja,
wydanictwo pascal
Postanowiłam w nowym roku nie narzekać. Tak po prostu. Lato i upał? Wspaniale. Zima i śnieg? Jeszcze piękniej! Szczęśliwy klimat stworzył mi się zresztą sam, kiedy za oknem zaczął sypać leciutki, bieluchny śnieg. Zachwycił mnie tym bardziej, że duchem byłam daleko na skutej lodem Alasce...
Jack i Mabel po utracie dziecka wyprowadzili się daleko na surowe ziemie Alaski. Żyją raczej obok siebie, smutni, pogrążeni we własnych rozmyślaniach, aż do dnia, w którym na ich ziemię spada pierwszy śnieg. Dają się porwać chwilowej euforii i tańcząc pomiędzy spadającymi z nieba płatkami, lepią bałwana. Żadne z nich nie zauważa, w którym momencie śniegowy bałwan bardziej zaczyna przypominać dziecko, niż grubaśnego ludka. Mabel przynosi wydziergane przez nią szalik i rękawiczki. Następnego dnia rano rękawiczki znikają. Pojawia się natomiast twarz małej dziewczynki.
Dawno nie czytałam czegoś równie...dziwnego i pięknego. Rok 2016 dopiero się zaczął, a ja już wiem, że to będzie jedna z lepszych lektur tego roku. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że opowieść wymyka się jakimkolwiek szablonom. Naprawdę trudno się domyślić, jak zakończy się rozdział. Tym bardziej prawie niemożliwe jest przewidzenie zakończenia.
To baśń dla dorosłych. Piękna i smutna jednocześnie. Nigdy wcześniej nie czytałam czegoś podobnego. To opowieść o tym, jak trudno pogodzić się z losem, jak ogromna może być miłość. To również historia o tym, jak trudno odróżnić prawdziwą bezinteresowną miłość od chęci usidlenia i zaspokojenia swoich, bardzo trudnych potrzeb.
Realista powiedziałby, że to powieść o chęci posiadania dziecka. Ale to coś więcej. Autorka przedstawia Alaskę tak, że czytelnik zaczyna rozumieć jej surowość i piękno. Granica między tym, co realne i baśniowe jest tak płynna, że naprawdę trudno ją określić. Faina jest jednocześnie postacią baśniową, jak i dzieckiem o trudnym, niezrozumiałym charakterze.
Doskonała opowieść o tym, że marzenia czasami się spełniają. Baśń dla dorosłych, z której każdy z nas zapamięta inny morał. Doskonała zimowa lektura.
sobota, 5 września 2015
Żona Lota jeszcze się zastanowi- Joanna Skwarek
Żona Lota nigdy nie dostała imienia. Od wieków znana jest wyłącznie z tego, że była żoną. I to nieposłuszną żoną! Przypowieść o niej, którą znajdziecie w Biblii, mówi o małżeństwie, które ucieka z Sodomy. Męża, to jest pana Lota, Bóg ostrzegł, by podczas ucieczki nie oglądał się za siebie (nie wiem, czy Bóg wyjaśnił dlaczego?). Żona jednak, przekornie (!), jak to mają w naturze kobiety, musiała się odwrócić, choć mąż Lot przekazał jej, by pod żadnym pozorem tego nie robiła. Spotkała ją sroga kara. Bóg zamienił ją w słup soli.
Współczesna żona Lota, opisana przez Joannę Skwarek, dostała imię. Nina. Nina podobnie jak jej poprzedniczka, jest żoną Lota. Nina jednak różni się od swojej prasiostry. Jest bowiem bardzo posłuszna swojemu mężowi. Żyje obok niego dokładnie tak, jak on by sobie tego życzył. Stara się nie zauważać jego kochanki, choć doskonale o niej wie, prowadzi życie zupełnie obok niego, nie wchodząc mu w drogę. Ze strachu? Przyzwyczajenia? Raczej nie ogląda się za siebie. Ona siedzi w biblijnej Sodomie po uszy. Do czasu.
Jej życie stopniowo przewracać do góry nogami będzie...zakładka, którą znajdzie w wypożyczonej z biblioteki książki. Otworzy ona drzwi do zupełnie nieznanego, tajemniczego dla Niny świata. Czy zaryzykuje? Czy w końcu zejdzie z wydeptywanej przez lata ścieżki, którą ze spuszczoną głową podąża za swoim krnąbrnym mężem-Lotem?
Książka, o której nic wcześniej nie wiedziałam. Czekała na swoją kolej już od dawna, nie wiedziałam, czy trafi w mój nastrój. Bo owszem, czytam książki, które odpowiadają mojemu samopoczuciu. Najczęściej jednak, raczej na nie nie wpływają. Tutaj jednak, przy łatwości żonglowania słowem i nieoczywistym żartem, naprawdę trudno o nastrój zły. Nawet jeżeli żona Lota zaczyna w sytuacji zgoła beznadziejnej i...nudnej, trudno się z nią nudzić. "Żona Lota..." bawi, a przy tym skłania do myślenia, śmieszy nieoczywistym żartem. Dawno nie czytałam czegoś podobnego!


