Znalazłam ją dzisiaj, leżała na podłodze w mojej sypialni. W wąskiej przerwie między ścianą a łóżkiem. Miała podcięte skrzydła. Wyglądała na ledwo żywą. Oddech miała płytki, urywany, oczy zamknięte. Przez chwilę wydawało mi się nawet, że zaraz wyzionie ducha. Lekko zamrugała, głośno westchnęła i na chwilę chyba przestała oddychać. Skrzydła miała ułożone blisko, przy wątłym ciele, ale nie wyglądały jak zwykle. Były takie jakby nie jej, brudne, bure chyba bardziej niż zwykle. I z miejsc na jej ciele, z których wyrastały spłynęła pojedyncza strużka gęstej ciemnobrunatnej krwi. Musiała tam leżeć od dłuższego czasu, bo krew skleiła ją ciemnym strupem z podłogą.
-Kto ci zabrał energię?-pomyślałam-przecież nie ja.
Nagle wydała mi się zupełnie malutka. Spokojnie zmieściłaby się w moich dłoniach. Wyglądała jak pisklę, które wypadło z gniazda. Nie wyobrażałam sobie, jakbym cudem, kiedy ostatni raz się widziałyśmy, siedziała obok mnie w autobusie. Teraz była kilkanaście razy ode mnie mniejsza. Nie chciałam jej jednak ruszać, wydawała mi się w tym momencie tak krucha, że gdybym ją podniosła, rozpadłaby się chyba na milion małych, leciutkich kawałków. Wcale się jej wtedy nie bałam. Poczułam do niej nawet pewną sympatię. Położyłam się na podłodze obok niej, starając się jej przy tym nie dotknąć i ułożyć blisko, tak, żeby słyszeć jej oddech. Wydawało mi się, że wydawała z siebie jakiś porozumiewawczy dźwięk, jakby pozwalała mi na położenie się obok niej. Rozumiałam ją bardziej, niż kiedykolwiek. Mi też ktoś dzisiaj podciął skrzydła.
czwartek, 13 czerwca 2013
środa, 5 czerwca 2013
o tęsknocie
Etykiety:
słowo
Znowu mnie znalazła. Rano. W autobusie. W całej Polsce pada. Leje podobno. Toruń zna chwilowo deszcz tylko z wiadomości. Wisła skutecznie zatrzymuje każdy, najmniejszy nawet deszcz. Nie zatrzymuje natomiast zupełnie wielkich, burych chmur. Przygniotły całe miasto. Suną po niebie klaustrofobicznie nisko. Smutne, ospałe. I wiatr. Niby go nie ma, prawie się go nie czuje. Widzę go tylko z okien mieszkania, jak czai się po cichu za rogiem i wypada zza niego strasząc przechodniów, szeleszcząc liśćmi. Moja mama mówi, że taka pogoda sprzyja samobójstwom. Nie mogła się nie pojawić. Wpadła zziajana do autobusu. Najpierw opadła zdyszana na siedzenie obok mnie, zupełnie nie zwracając uwagi na to, ze zepchnęła z niego jakąś starszą kobietę. Przejechała obok mnie dwa przystanki nic nie mówiąc. Oddychała szybko, miarowo. Z każdym oddechem powoli unosiły się i opadały czarne, wyliniałe pióra na jej ciele. Patrzyła gdzieś w przestrzeń za oknem, przez chwilę wydawało mi się nawet, że nie przyszła do mnie, że nie jest moja. W końcu jakby się ocknęła.
-Dlaczego przede mną uciekałaś?-uśmiechnęła się cynicznie-przecież wiesz, że i tak cię znajdę. Tyle różnych zabiegów, żebyśmy się nie spotkały. Zajmowałaś swój umysł bez przerwy, byleby tylko nie zostać bez zajęcia. Zamykałaś szczelnie okna i nie zaglądałaś do mojej starej szafy. Tak się nie robi starym znajomym...Osłabłam, chyba mnie zaraziłaś tymi swoimi smuteczkami. Ale jestem, w końcu, goniłam cię od wyjścia z domu. Bo wiesz...mam ci coś do powiedzenia.
Wcale nie chciałam jej słuchać. Bałam się, że ktoś zauważy, że z nią rozmawiam. Ale nikt z osób stojących wokół nas chyba jej nie widział. Kobieta, którą zepchnęła z siedzenia udawała, że nic się nie stało, odeszła na drugi koniec autobusu. Nikt jednak nie zajmował miejsca obok mnie, jakby coś ich stamtąd odpychało.
-Widziałam, że źle sypiasz. Budzisz się po krótkiej godzinie i już więcej nie śpisz. Widziałam jak mocno zaciskałaś powieki, jak mocno nie dopuszczałaś do siebie świata zewnętrznego. Wiedziałaś, że siedzę na parapecie, że cię obserwuję?
Na chwilę zamilkła. Przechyliła delikatnie głowę w moją stronę. Zamknęła oczy i wierzchem dłoni zaczęła powoli dotykać swojej szyi, układając się jakby w rytm swojego dotyku. Trwała tak przez chwilę, otworzyła oczy, głośno wciągnęła powietrze. Odchyliła głowę lekko do tyłu i zaczęła powoli, swoim chudym kciukiem dotykać dolnej wargi. Rysowała wzdłuż niej linie tam i z powrotem, układając przy tym usta w taki sposób, jakby czekała na pocałunek. Rozejrzałam się, czy ktoś przypadkiem nie ogląda tego spektaklu razem ze mną, ale pasażerowie nadal trwali w zupełnie naturalnym harmidrze, nikt po za mną jej nie widział. Zaczęła cicho nucić coś pod nosem, przez chwilę wydawało mi się nawet, że płacze. W końcu jakby się ocknęła, otworzyła oczy, wciągnęła głośno powietrze. Podciągnęła kolana pod brodę, mocno się skuliła. Nagle wydała mi się zupełnie bezradna, jakby jakby nie moja, przestraszona.
-Bo wiesz-mówiła cicho, patrząc gdzieś w podłogę, zupełnie smutna-ja chyba tęsknię.
-Dlaczego przede mną uciekałaś?-uśmiechnęła się cynicznie-przecież wiesz, że i tak cię znajdę. Tyle różnych zabiegów, żebyśmy się nie spotkały. Zajmowałaś swój umysł bez przerwy, byleby tylko nie zostać bez zajęcia. Zamykałaś szczelnie okna i nie zaglądałaś do mojej starej szafy. Tak się nie robi starym znajomym...Osłabłam, chyba mnie zaraziłaś tymi swoimi smuteczkami. Ale jestem, w końcu, goniłam cię od wyjścia z domu. Bo wiesz...mam ci coś do powiedzenia.
Wcale nie chciałam jej słuchać. Bałam się, że ktoś zauważy, że z nią rozmawiam. Ale nikt z osób stojących wokół nas chyba jej nie widział. Kobieta, którą zepchnęła z siedzenia udawała, że nic się nie stało, odeszła na drugi koniec autobusu. Nikt jednak nie zajmował miejsca obok mnie, jakby coś ich stamtąd odpychało.
-Widziałam, że źle sypiasz. Budzisz się po krótkiej godzinie i już więcej nie śpisz. Widziałam jak mocno zaciskałaś powieki, jak mocno nie dopuszczałaś do siebie świata zewnętrznego. Wiedziałaś, że siedzę na parapecie, że cię obserwuję?
Na chwilę zamilkła. Przechyliła delikatnie głowę w moją stronę. Zamknęła oczy i wierzchem dłoni zaczęła powoli dotykać swojej szyi, układając się jakby w rytm swojego dotyku. Trwała tak przez chwilę, otworzyła oczy, głośno wciągnęła powietrze. Odchyliła głowę lekko do tyłu i zaczęła powoli, swoim chudym kciukiem dotykać dolnej wargi. Rysowała wzdłuż niej linie tam i z powrotem, układając przy tym usta w taki sposób, jakby czekała na pocałunek. Rozejrzałam się, czy ktoś przypadkiem nie ogląda tego spektaklu razem ze mną, ale pasażerowie nadal trwali w zupełnie naturalnym harmidrze, nikt po za mną jej nie widział. Zaczęła cicho nucić coś pod nosem, przez chwilę wydawało mi się nawet, że płacze. W końcu jakby się ocknęła, otworzyła oczy, wciągnęła głośno powietrze. Podciągnęła kolana pod brodę, mocno się skuliła. Nagle wydała mi się zupełnie bezradna, jakby jakby nie moja, przestraszona.
-Bo wiesz-mówiła cicho, patrząc gdzieś w podłogę, zupełnie smutna-ja chyba tęsknię.
piątek, 24 maja 2013
to piekielne kino (przemilczane)
Etykiety:
słowo
Tekst taki...zapomniany, zakurzony, chociaż zupełnie jeszcze młody.
Chodziłem do kina w poniedziałki, sam. Żona zostawała w domu. Nigdy nie interesowała się kinem. Nie rozumiała mojej fascynacji. Zresztą, nie mięliśmy wielu wspólnych zainteresowań. Jej życie zaczynało się porannym telefonem do matki, przyjaciółki, jednej, drugiej, dziesiątej, a kończyło gdzieś między kanapą a telewizorem. Kiedy ją poznałem wydawała mi się niemal idealna. Niezależna, wygadana i taka śliczna. Przede wszystkim śliczna. Jak tylko zaczynała opowiadać coś, co wydawało mi się głupie, natychmiast jej przerywałem. Nie chciałem, żeby zburzyła mi swój obraz...śliczny, idylliczny. Dopiero po ślubie dałem jej dojść do głosu i okazało się, że mówimy dwoma bardzo odległymi językami. Dlatego odpływałem w pracę, projekty, nowe projekty, coraz więcej projektów. Żeby nie spotykać w domu swojej życiowej porażki. Jedyną przyjemnością, na jaką sobie pozwalałem, były poniedziałkowe wyjścia do kina.
W miejscowości, w której mieszkam jest tylko jedno, stare kino. Nie żaden multipleks, mała sala, zapadnięte fotele i ciężki zapach PRLu. Filmy docierają do niego z pewnym opóźnieniem. Znacznym opóźnieniem. Nie byłem zatem na bieżąco, wcale mi zresztą na tym nie zależało. Czasami zdarzało mi się, że przesypiałem pół seansu i wcale nie uważałem tego za stracony czas. Wręcz przeciwnie. Godzina zdrowego, niczym niezakłócanego snu.
Zawsze siadałem w tym samym miejscu, pierwsze siedzenie od lewej strony, w czwartym rzędzie było jakby moje. Fakt, siadałem nieprzyjemnie blisko ekranu, musiałem porządnie się natrudzić, mocno wyciągnąć szyję, żeby wszystko zarejestrować. Ale pozwalało mi to poczuć się tak, jakbym był w kinie sam, jakby film wyświetlany był wyłącznie dla mnie. Nikt przecież nie siada tak blisko. Nie widziałem za sobą innych ludzi, nie czułem nawet ich obecności. Nie musiałem oglądać obmacującej się pary, nastolatków, którzy upijali się wódką z kartonu po soku, nikogo. Byłem sam. Do czasu.
Listopadowy poniedziałek, późny wieczór, starsza pani przy kasie witająca mnie od wejścia, trzeci rząd. Zdjąłem kurtkę, wyłączyłem telefon, zapadłem się w fotelu, głowa na oparciu lekko do góry, pozycja prawie idealna, jeszcze nogi trochę w lewą stronę, tak, żebym mógł je swobodnie wyciągnąć, sprawdzenie, czy aby na pewno wyłączyłem telefon, ręce swobodnie na brzuchu, podniosłem wzrok na ekran i wtedy ją zobaczyłem.Zakłócenie mojego świętego, doskonałego spokoju. Szła do pierwszego rzędu, dokładnie po linii mojego niczym nie zachwianego, kinowego horyzontu. Bezczelnie zdjęła beżowy płaszcz, złożyła go na pół i delikatnie położyła na siedzeniu obok siebie. Pomyślałem, że zwyzywałbym ją w duchu od najgorszych, ale skoro kobieta...chyba nie wypada. Przecież to nic takiego. Zapadnie się w fotel, z każdą minutą filmu będzie istniała na nim coraz niżej, coraz mniej zakłócając mój spokój. Ja sam będę ją widział coraz mniej. Na początku nie będę widział nic, poza jej głową, ale w końcu mój wzrok się przyzwyczai, nie będzie jej rejestrował tak, jak czubka mojego nosa, mimo, że cały czas będzie dla mnie widoczna. Kiedy wchodziła, nie zauważyłem jej twarzy, widziałem tylko ciasno związane, jasne włosy i wydatny, chudy policzek. Chyba była mała, drobna. Tak jak przypuszczałem, film się jeszcze nie zaczął, przechyliła lekko głowę na prawą stronę i powoli zaczynała tonąć w swoim fotelu. I gdyby nie fakt, że zaburzyła mi mój prawie doskonały, ćwiczony od lat rytuał, pewnie prawie bym jej nie zauważał. Starałem się skupić na filmie. Siedziałem wyprostowany, z wysoko podniesioną głową, byleby tylko nie widzieć, że ktoś przede mną istnieje. O drzemce nie było mowy. Nie mam też zielonego pojęcia, o czym był film. Istota przede mną w pewnym momencie wyciągnęła duży notatnik, przechyliła się w stronę ekranu i zaczęła coś w nim notować. Głupia-pomyślałem, kto normalny pisze coś w kinie. Ale to wyjaśniałoby, dlaczego usiadła tak blisko ekranu, tylko w tym miejscu w kinie jest względnie jasno. W ogóle nie oglądała filmu. Ja zresztą też nie. Zawzięcie pisała, co jakiś czas na chwilę podnosiła głowę, patrzyła na ekran, z głośnym szelestem przewracała kartki i znowu wracała do pisania. Nie wiem, co było w tej scenie niezwykłego, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku. Dawno zapomniałem o tym, jak bardzo znienawidziłem ją, kiedy tu weszła. Chciałem, żeby jakaś nadprzyrodzona siła kazała jej się odwrócić, spojrzeć w moją stronę. Chciałem poznać jej twarz. Nie odwróciła się ani na chwilę. Ona też chciała być w kinie sama. Wybrała miejsce, które pozwalało jej to poczuć, dlaczego zatem miałaby się odwracać i sprawdzać, czy za nią istnieje jakieś życie. Istniało. Moje. Zachłannie śledzące najmniejszy nawet jej ruch. Trochę chyba nieświadomie chciałem zrobić jej to samo, co ona zrobiła mnie. Zburzyć spokój. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Film się skończył, a ja nadal siedziałem i ją obserwowałem. Dokończyła to, co pisała, zamknęła notes, schowała do torby. Powoli wstała, spojrzała na telefon, zakładała płaszcz. Przez ten cały, dla mnie wtedy trwający wieczność czas, ani razu nie spojrzała za siebie. Ubrałem się, zły, że nie poznałem jej twarzy, wyszedłem przed nią.Byłem znacznie bardziej zły, niż nakazywałaby cała sytuacja. Minąłem ją szybko, z miną obrażonego chłopca, której pewnie nawet nie zarejestrowała.
Z kina wychodziło się nie bezpośrednio na ulicę, ale z tyłu budynku, gdzieś między kamienicami. W tym miejscu zawsze kończyłem swój rytuał. Opierałem się o ścianę, paliłem papierosa, czasami dwa i wracałem do żony. Postanowiłem, że tej ostatniej wolnej chwili istota mi nie zepsuje. Odwróciłem się plecami do wyjścia, szukałem papierosów, słyszałem rozmowy wychodzących z kina ludzi. Kiedy rozmowy ucichły, drzwi się zamknęły, odwróciłem się, pewien, że zostałem sam. Stała po drugiej stronie wyjścia. Nie patrzyła w moją stronę, znowu nawet nie zauważyła mojej obecności. Tym razem widziałem jednak jej twarz. Nie wiem, czy to przez słabe światło latarni, jej twarz wydawała mi się szara. Chorobliwie wręcz szara. Była chuda, miała podkrążone oczy. Zapaliłem drugiego papierosa, chyba z zamiarem pójścia za nią, chociaż kawałek. Chciałem zobaczyć, jak wsiada do pięknego samochodu swojego narzeczonego i znika. Raz na zawsze. Zostawiając w spokoju mój rytuał. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Istota stała na wątłych nóżkach, lekko się kołysząc patrzyła przed siebie. Chyba się uśmiechała. I znowu wciągnęła mnie w swój rytuał. Zapomniałem o tym, że palę ostatniego papierosa i zaraz wracam do żony. Obserwowałem jak przenosi ciężar ciała z palców na pięty, lekko ugina kolana, kołysze się, wątła, uśmiechnięta, jakby tańczyła do słyszalnej tylko dla niej muzyki. I nagle jej taniec przybiera na sile, trwa to ułamki sekund. Kolana uginają się coraz mocniej, ciągle się uśmiecha, dołącza ciężką, opadającą głowę i...upada. Osuwa się na ziemię, nie spada z hukiem. Ciągle się uśmiecha. Tylko oczy ma już zamknięte. Zadzwoniłem na pogotowie. Martwa-pomyślałem. Podszedłem do niej, dotknąłem szarej szyi. Była zimna, przerażająco zimna, jak na osobę, która przed kilkoma chwilami straciła przytomność. Pod cienką skórą szyi nic nie płynęło, nie czułem tętna. Kiedy upadała, z jej torby wysunął się notes, w którym wcześniej coś notowała. Na pierwszej stronie, pochylonymi literami napisane było jedno zdanie. "Wszystko przez to piekielne kino".